Mydło KOMBO – duet bez kokosa.

Opublikowano 9 komentarzy

Pomysł dla wszystkich, którzy chcą unikać oleju kokosowego w mydle. Szczerze mówiąc ja tej fobii przed suszącym olejem kokosowym nie rozumiem. Pomijam oczywiście ludzi, którzy mają problemy skórne, poważne choroby skóry, azs, łuszczycę i podobne dermatozy albo ze względu na inne somatyczne przypadłości są posiadaczami bardzo wrażliwej skóry. Powiedzieć, że olej kokosowy w mydle suszy zawsze, to tak jakby powiedzieć, że liście są zawsze zielone. Nie, nie zawsze suszy. To zależy od receptury. Nie tylko ja robię receptury z 50% zawartością oleju kokosowego, które nie masakrują skóry. Wystarczy odpowiednio dobrać tłuszcze. Zapewnić wysoką ilość kwasów wielonienasyconych (oleinowy, obecny w oliwie jest jednonienasyconym – to za mało), czyli linolenowgo i linolowego. Dołożyć coś co robi warstwę okluzyjną – woski, kwas stearynowy obecny w maśle shea i kakaowym. Zwiększyć przetłuszczenie. Dodać mleka lub produktów mlecznych, jedwabiu, ziół. To wszystko wpływa na właściwości mydła, a nie tylko to co pokazują ograniczone do ośmiu kwasów tłuszczowych widełki w kalkulatorze.

Receptura na około 600g gotowego mydła:

400g oleju ryżowego (80%)

100g masła kombo (20%)

120g wody (30%)

53g NaOH

I tu uwaga, masła kombo nie ma w kalkulatorze. Mało tego, jego średnia liczba zmydlania dla KOH wykracza poza większość dostępnych tłuszczów kalkulatorowych i wynosi 319,2. Jedynie olej kokosowy frakcjonowany ma wyższą tzw. SAP Value.

Masło kombo. Fot. Mila Wawrzenczyk

Mamy trzy możliwości w takiej sytuacji:

  • liczyć na piechotę, czyli samodzielnie określić wagę potrzebnego wodorotlenku do zmydlenia wszystkich tłuszczów jakie wykorzystamy w recepturze, już widzę jak pukacie się w głowę!
  • wybrać tłuszcz obecny w kalkulatorze o jak najbliższej liczbie zmydlania i wpisać go w kalkulator zamiast naszego nieobecnego, tutaj wybrałabym lauric acid czyli tłuszczowy kwas laurynowy – l.z. 280 dla KOH – jeśli decydujecie się na tą opcję zawsze wybierajcie tłuszcz o niższej liczbie zmydlania niż ten nieobecny w kalkulatorze (tak trzeba znaleźć l.z.),
  • nie uwzględniać nieobecnego tłuszczu w kalkulatorze, tzn. jeśli ja tutaj mam sumę tłuszczów 500g, recepturę obliczam na 400g oleju ryżowego i o przetłuszczeniu 0% a brakujące 100g masła kombo stanowi jakby dodatkowy super fat. Tak też zrobiłam, uzyskując przetłuszczenie w okolicach 20%.

Ok, a co to jest to masło kombo?

O własnościach kosmetycznych znajdziecie wiele informacji, bo to nie jest trudno dostępny tłuszcz. O zapachu trudno mi coś powiedzieć, bo dla mnie surowe masło kombo jest jak świeże śledzie z cebulką i absolutnie nie widzę go w pielęgnacji innej niż mydło. Mnie najbardziej interesował skład kwasów tłuszczowych, bo kiedyś trafiłam na informację, że zawiera dużo mirystynowego (to ten od twardości, czyszczenia i pienistości, podobnie jak laurynowy). Dlatego może być świetnym zamiennikiem oleju kokosowego, babassu, laurowego, oleju z nasion palmy, masła murumuru. Oczywiście nie jako zamiennik identyczny ale nadający podobne własności mydłu. Masło kombo zawiera średnio 49% kwasu palmitynowego (twardość), 22% kwasu mirystynowego, 17% kwasu stearynowego (twardość, funkcja okluzyjna), 8% kwasu oleinowego (pielęgnacja). Nie ma takiego drugiego tłuszczu, bo to jakby chcieć w jednym zmieścić olej palmowy, babassu i łój wołowy.

Mydło KOMBO. Fot. Mila Wawrzenczyk

Do dzieła!

Mydło powstało bez żadnych wpomagaczy, bo żeby dobrze poznać swoistość tłuszczów nie ma lepszego sposobu niż robić je saute. Tylko ług i tłuszcze. Zrobiłam ług, roztopiłam masło kombo razem z olejem ryżowym. Poczekałam aż temperatura jednego i drugiego spadnie do okolic 30-35 stopni. Zblendowałam tłuszcze przed wlaniem ługu. Wiedziałam, że może być szybko bo przecież tyle kwasu palmitynowego, który jest i w kombo i w ryżowym przyspieszy gęstnienie. A ile konkretnie? Około 130g w całym tym mydle, czyli jakieś 26% to jest właściwie tyle samo jakby dodać 300g oleju palmowego i uzupełnić oliwą. Oczywiście mam na myśli masę tłuszczów na mydło 500g. Kolejny wniosek, żeby utwardzić mydło niekoniecznie musimy używać oleju palmowego.

Kolor świetny. Fot. Mila Wawrzenczyk

I było szybko, ale na tyle spokojnie aby przełożyć do formy i wdusić glicerynkowe gwiazdki 😉 Ładnie żelowało, pokroiłam po około 10 godzinach. Na ciętej powierzchni widać jaśniejsze smugi, to jest właśnie efekt gdy masa zaczyna gęstnieć a my zamiast wylać ją jednocześnie, musimy popychać łopatką aby wypadła z pojemnika – stąd warstwy.

Mydło Kombo pieni się. Fot. Mila Wawrzenczyk

Prawie 3-tygodniowe mydło pieni się jak wyżej i zostawia na dłoniach ciepło-orzechowy zapach. Tak, śledź poszedł w zapomnienie! Jest twarde ale dam mu jeszcze czas, po dwóch miesiącach będzie rewelacyjne.

Źródło:

Analysis of the fatty acid composition of kombo (Pycnanthus angolensis) butter, D.K. Essumang, J. Alemawor, S. Abassah-Opponga, A. Weremfo

Mydło do włosów. pokrzywa-prawoślaz-neem

Opublikowano 19 komentarzy

Mydło do włosów to temat niełatwy dla początkujących. Uwierzcie, że to mija. Trzeba tylko znaleźć składniki, które polubią nasze włosy. Ustalić jakie zioła, tłuszcze, dodatki i przetłuszczenie są dobre dla włosów. Najważniejsza jest skóra głowy, bo włosy można pielęgnować na znacznie więcej sposobów niż skórę głowy. Jeśli po umyciu swędzi, łuszczy się to znaczy, że trzeba szukać dalej. Na początku efekty nie są zadowalające, bo najpierw musimy zmyć ze skóry i włosów wszystkie silikony, parabeny i resztę komercyjnego szajsu. Tego nie da się zrobić za jednym myciem. Potrzeba cierpliwości aby osiągnąć sukces.

Włosy i skóra głowy lubią trzy rodzaje ziół – krzemionkowe (skrzyp, pokrzywa), śluzowe (prawoślaz, dziewanna) i saponinowe (mydlnica, tatarak). Jeśli chodzi o tłuszcze – wszystkie wielonienasycone oleje schnące są zbawienne dla skóry głowy i włosów – winogronowy, lniany, wysokolinolowy słonecznikowy. Glinki, dobierane według działania na skórę. Olej neem, mimo odrzucającego zapachu warto dodać choć kapkę. Niewielkie ilości żywic i wosków. Jedwab i keratyna. Jeszcze jedna bardzo ważna rzecz to pozbyć się ewentualnego osadu dodając kwasy organiczne – mlekowy, octowy lub cytrynowy.

Receptura na ok. 700g mydła potasowego do włosów:

Pokrzywa, prawoślaz, neem. Fot. Mila Wawrzenczyk

Z korzenia prawoślazu robimy macerat wodny. Zalewamy zioło zimną wodą i odstawiamy na kilka godzin, potem można jeszcze podgrzać ale nie jest to konieczne. Następnie rozpuszczamy w nim kwas cytrynowy i zamrażamy w foremkach do lodu. Niczego nie cedzimy.

Z ziela pokrzywy robimy macerat olejowy. Podobno pokrzywa przyciemnia włosy, szczerze mówiąc nie zauważyłam. Na szybko, na ciepło. Ziele spryskujemy alkoholem i odstawiamy na pół godziny. Następnie zalewamy wszystkimi olejami, które użyjemy do receptury i blendujemy. Podgrzewamy przez godzinę na małym ogniu. Ja wsadziłam zakręcony słoik do zmywarki na krótki program. To jest świetna metoda. Jestem zwolenniczką suszenia ziół, zamiast robienia maceratów latem, bo potem się okazuje, że nie wiadomo do czego je upchnąć. Maceratu pokrzywowego też nie cedzimy, tylko zwróćcie uwagę, żeby nie było twardych łodyg – mogą zostać w mydle.

A dalej jak zwykle. Zasypujemy wodorotlenkiem nasz macerat z prawoślazu, mieszamy do rozpuszczenia i wlewamy do ciepłych olejów, nie czekając aż ostygnie. Blendujemy, pamiętajcie że mamy tutaj kawały zielska – trzeba co jakiś czas zblendować. Ilość wody jest odpowiednia do grzania, tak żeby nie trzeba było czekać wieki. Pilnujcie temperatury, żeby nie przekroczyła 70 stopni Celsjusza. Dosypujemy sproszkowany neem – obojętnie w której fazie ale jeszcze przed żelowaniem.

Zioła krzemionkowe utrudniają zmydlanie, pokrzywa w szczególności. Dlatego nie przejmujcie się, że masa mydlana będzie długo rozdzielona. Niby już żelować zaczyna ale oleje ciągle po wierzchu pływają (olej lniany też potrzebuje cierpliwości). Jeśli połączycie ług i tłuszcze wieczorem, zostawicie wyłączone na noc (oczywiście wcześniej zblendowane i podgrzane) to rano powinno być gotowe. Saponifikacja byłaby łatwiejsza gdyby nie dodatek całości ziela pokrzywy, ale ja wolę się przemęczyć a w nagrodę mieć mydło dobrze wysycone. Kolor też byłby bardziej zielony, bo chlorofilowe barwniki nie lubią długiego grzania ale nie one są kluczowe w tym mydle.

No dobra ale najpierw mrozić prawoślaz na ług a potem grzać? Tak, bo grzanie jesteśmy w stanie kontorolować, a reakcję tworzenia ługu słabo. Jeśli wsypiemy wodorotlenek na jakiekolwiek zielsko w postaci odwaru, naparu czy maceratu, w temperaturze pokojowej – osiągnie ponad 100 stopni Celsjusza. Zamrożone nawet nie wytworzy oparów.

Jak już ten uparciuch zżeluje, zostawiamy do ostygnięcia i stabilizacji, chociaż na jeden dzień. Nie obawiajcie się to, naprawdę jest krnąbrne mydło i gotowe wygląda nieco inaczej niż zwykle potasowe. Niecierpliwi niech dodadzą alkoholu, jak poczytaj tutaj. Nie jest typowo ciągnące się za łyżką, tylko takie oddzielające się od łyżki. Przynajmniej na początku, bo na drugi dzień już nie widać różnicy. Jeśli macie wątpliwości zmierzcie pH. Po tym czasie dolewamy olej i eteryczny olejek. Jeśli chcecie dodajcie też jedwab hydrolizowany albo keratynę.

Mydło do włosow. Fot. Mila Wawrzenczyk

Mydło wyjdzie ostatecznie bardzo zwarte. Żeby go wygodnie używać, bez łamania łyżki, mamy dwie możliwości. Używamy więcej wody do zrobienia ługu lub dolewamy więcej wody w trakcie grzania. Nawet więcej niż drugie tyle. Pamiętajmy jednak, że jeszcze dodatkowo opóźni saponifikację. Druga możliwość to rozcieńczenie gotowego mydła ciepłą wodą, aż do uzyskania pożądanej konsystencji. Ja zalałam ciepłą wodą (200g) i pozwoliłam samemu się rozpuścić 🙂

Mydło do włosów po rozcieńczeniu. Fot Mila Wawrzenczyk.