fbpx
BLOG CIAŁO

Miodowy mniszek – balsam do ciała, regeneracja po zimie.

Mniszek lekarski, nie mlecz żaden. Mniszek kwitnie tak naprawdę przez cały sezon wegetacyjny, trzeba mu tylko pozwolić. To chyba najbardziej znany i widoczny surowiec zielarski środka wiosny. Znienawidzony przez właścicieli pól golfowych a szkoda, bo cała roślina zawiera wszystko czego potrzebuje skóra i włosy na wiosnę. Warto się nad nim pochylić i wykorzystać te cenne właściwości.

Oprócz oczywistych karotenoidów i flawonoidów – luteiny i luteoliny, jak w aksamitce, zawiera ważne w tym wypadku kwasy fenolowe – antyrodniki, stigmasterol – promienność, żywice – naprawa, inulinę – nawilżenie. Jedna rzecz, pamiętajcie, że poszczególne grupy związków występują w najwyższym stężeniu w konkretnych częściach rośliny. Nie bez powodu korzenie zbieramy w okresie spoczynku, bo tam jest magazyn substancji czynnych. Chcąc uzyskać maksymalną ilość inuliny, należy zbierać korzeń mniszka od jesieni do wczesnej wiosny. Ponieważ my nie produkujemy standaryzowanych ekstraktów a jedynie chcemy polepszyć stan skóry używajmy kwiatów. Ja jeszcze wykorzystałam kawałek korzenia. Łodygi i liście lepiej zostawić w spokoju, nadadzą kosmetykowi niezbyt przyjemnego zapachu i sinej barwy.

Zdecydowanie ważną rzeczą jest maksymalne nawilżenie i ochrona skóry przed czynnikami zewnętrznymi i do tego potrzebne są właśnie polisacharydy. To klejące mleczko, które wypływa z zerwanej łodygi czy korzenia zawiera właśnie inulinę, skoro roślina broni się w ten sposób przed uszkodzeniami, wykorzystajmy ten cukier na naszej skórze. Użyłam też miodu, by podwoić działanie, zresztą mniszek pachnie lekko miodowo, dzięki pyłkowi. A jeszcze żeby było więcej synergizmu, jednym z emulgatorów jest stearynian sacharozy.

Podbiciem naprawczych i gojących właściwości związków żywicznych będzie dodatkowo hydrolat z kadzidłowca i ekstrakt z korzenia żywokostu. Trzeba go zrobić wcześniej, pominąć lub użyć odwaru z korzenia żywokostu. Moje medium czyli płyn, w którym moczy się żywokost to 50% woda, 40% gliceryna i 10% spirytus. Nie bójcie się alkoholu w kosmetykach, te 10% pozwoliło na wyciągnięcie substancji czynnych np. alantoiny a w kremie będzie to zawartość rzędu drugiego miejsca po przecinku. Więcej fitosteroli zapewni użycie surowego, nierafinowanego oleju rzepakowego (mamy tu też karoten). Stigmasterol to powszechny związek występujący głównie w nasionach strączkowych. Może to być też olej sojowy lub z orzeszków ziemnych. Skila antyoksydacyjnego uzyskamy włączając w formulację olej ryżowy zawierający oryzanol, który uwierzcie robi cuda z szarą skórą. Dodatek masła shea i witaminy E również podniesie wartości przeciwutleniające balsamu.

Receptura na 100 gramów balsamu:

faza olejowa 30%

10% olej ryżowy rafinowany
10% olej rzepakowy nierafinowany
3% emulgator olivem 1000
3% emulgator stearynian sacharozy
3% masło shea nierafinowane
1% witamina E faza olejowa 30%

faza wodna 70%

43% odwar z kwiatostanów i korzenia mniszka
20% hydrolat z kadzidłowca
5% ekstrakt żywokostowy
1% miód pszczeli
1% konserwant DHA BA lub inny

Wykon.

Faza wodna. Oskubane płatki mniszka i umyty, pokrojony korzeń zalewamy zimną wodą i gotujemy przez 5-10 minut. Jeżeli nie mamy maceratu z żywokostu dorzucamy jego korzeń do gotowania. Tych ziół powinno być jakieś 20% ilości wody, czyli na 100 gramów balsamu potrzebujemy tak naprawdę góra jeden mały korzeń mniszka i 5 kwiatostanów. Zostawiamy na kolejne 10 minut i przecedzamy. Potem filtrujemy, nawet filtry do kawy też się nadadzą. Przynajmniej dwukrotnie. Brak fragmentów rośliny gwarantuje dłuższą żywotność kosmetyku. Staramy się to robić szybko, żeby nadmiernie nie wystudzić płynu. Do filtratu dolewamy resztę składników wodnych, prócz konserwantu. Miód spokojnie sam się rozpuści. Dla spokojności mierzymy pH. Aczkolwiek nie ma tutaj niczego co rozregulowałoby jego poziom.

Faza olejowa bez witaminy E, do zlewki, dzbanka słoika. Grzać w kąpieli wodnej bez mieszania, to jest zupełnie niepotrzebne a praktykowane wciąż. Emulgator, bo on tu jest jedynym potrzebującym temperatury nie potrzebuje mieszania, potrzebuje topienia. Jeszcze łatwiej pójdzie jeśli odważymy do słoika składniki w kolejności topienia. Olivem, masło shea, stearynian i olej rzepakowy a kiedy emulgatory zamienią się w przejrzystą żelko-breję dolejemy oleju rzepakowego. To wszystko trwa naprawdę nie dłużej niż 3 minuty, oczywiście jeżeli nie trzymamy surowców w lodówce, tak jak przy robieniu placka, zawsze należy wyjąć składniki do ocieplenia – jajka, mleko, masło. Właśnie ze względu na ten krótki czas podgrzewania możecie być spokojni o właściwości surowców, żeby wyparowały musiałoby się iść do kina na seans zostawiając włączoną kuchenkę w pełnym słońcu.

Zanurzamy blender w płynnej fazie olejowej i dolewając do niej fazę wodną (nie powoli, normalnie, jednostajnym ruchem, ale nie chluśnięciem) blendujemy. Nie do upadłego i spalenia silnika. To jest zwykle nie więcej niż 5 sekund i 10 bzyków. Ma stworzyć się emulsja. To jest ten newralgiczny punkt popełniania błędów. Blendowanie dłuższe niż do uzyskania emulsji – czyli czegoś co jest jednolite, nie rozwarstwia się, nie ma smug, nie podchodzi wodą od spodu, prowadzi do destabilizacji emulsji poprzez przebicie emulgatora. Tak może być też przecież podczas robienia kremu do tortu, prawda?

Emulsja będzie rzadka, bo przecież wszystko nadal ciepłe. Wstawiamy naczynie do pojemnika z zimną wodą, dodajemy konserwant i witaminę E, teraz można jeszcze bzyknąć raz dwa a można już zamienić końcówkę blendera na bagietkę czy łyżkę i spokojnie mieszamy do połączenia. Koniec, w trakcie studzenia balsam zgęstnieje, a ostateczną konsystencję osiągnie po 24 godzinach. Jeżeli się będzie rozwarstwiać to znaczy, że gdzieś popełniony został błąd -> Emulsje i emulgatory. Część balsamu przelałam do pojemnika airless. Chyba całkowicie się na nie przerzucę, nie na te konkretnie ale na zamknięte butelki z pompkami, bez dostępu światła i powietrza, to zapewnia lepszą trwałość kosmetykowi.

Mniszkowy balsam regenerujący do ciała. Fot. Mila Wawrzenczyk

Jeżeli nie macie tych konkretnych emulgatorów zastąpcie je innymi. Masło shea dobrze podmieni alkohol cetearylowy. Żywicy można użyć jakiej tylko dusza zapragnie, równie dobrze może to być roztopiona żywica w jakimś oleju, a wtedy zamiast hydrolatu zastosujcie odwar z mniszka. Nie dodawałam zapachu, żeby miodowo – słodki zapach był dominujący. Najważniejszy jest mniszek!

Źródło:

Mniszek lekarski (Taraxacum officinale)–potencjalne właściwości prozdrowotne. Lis, B., & Grabek-Lejko, D. (2016). Nauka Przyroda Technologie, 10(3), 37.

4 komentarze

  1. Mili, Milu, a jakby tak z dobę-dwie wcześniej zatopić posiekane kwiatki mniszka w sojowym i ryżowym, to jeszcze by podkręciło całość, dobrze myślę?

Leave a Reply

%d bloggers like this: