Wysalamy mydło potasowe i nie tylko.

Wiecie jak produkuje się mydło marketowe na skalę przemysłową? Łączone zostają tłuszcze z ługiem. Zwykle te najtańsze np. olej palmowy. Gotowe mydło poddaje się wysoleniu, czyli usunięciu niezmydlonych tłuszczów i gliceryny, a więc głównych sprawców pielęgnacji skóry. Potem ten suchy bezwartościowy wysół zostaje barwiony, perfumowany, prasowany w zgrabne kostki, pakowany w kolorowe papierki i trafia na mydelniczki. Właściwie co? Czysta sól sodowa lub potasowa, która czyści bez skrupułów, nie natłuszcza, nie ma właściwości okluzyjnych, nie robi niczego poza myciem. Stąd zła fama mydeł ogółem. Jednak kto spróbował mydła ręcznie robionego, ten widzi różnice 🙂

Ok, więc po co wysalamy? Czasem mydło nie wyjdzie tak bardzo, zjełczeje, nikt nie chce go używać, jest tak nieudanym eksperymentem, że po prostu trzeba je przerobić a samo przetapianie to za mało.

Nigdy, przenigdy nie wyrzucamy nieudanego mydła, bo zawsze jest rozwiązanie! Jeśli nie macie sentymentu dla gniota, to pomyślcie, że wyrzucacie pieniądze do śmietnika 😉

Odkryłam głęboko w szafce potasowe mydło kokosowe z 20% przetłuszczeniem i oznakami jełczenia. O fuuuj.. A za nim bliżej nieokreśloną brązową breję o zapachu lemongrass. W przypadku mydła potasowego niewiele da się poprawić zapachem, dodatkowym tłuszczem, glinką i tym podobnymi. Ani tego rozpuścić ani zabarwić, ale wyrzucić nie godzi się. Pozostaje wysolenie.

dav
Bliżej nieokreślone mydło potasowe do dużej przeróbki. Fot. Mila Wawrzenczyk

I tak jak nie ma dla mnie zmiłuj w przypadku mydła „na oko”, tak tutaj jak najbardziej postępujemy na wyczucie.

Przekładamy mydło do garnka. Ja miałam tej brei jakieś pół kilograma a wybrałam garnek pięciolitrowy dla wygody i bezpieczeństwa.

Pierwszy krok – zalewamy ciepłą wodą aby swobodnie pływało, powiedzmy na pół kilo mydła jakieś półtora litra wody, może być kranówka.

Krok drugi – dosypujemy wodorotlenek potasu – oczywiście do mydła potasowego. Do sodowego mydła, wodorotlenek sodu lub potasu – pamiętacie, że mydła na dualu, czyli mieszanych wodorotlenkach są super. Jednak żeby uzyskać kostkę dobrze aby wodorotlenki były przynajmniej w ilości równoważnej. Dlatego z potasowego wysołu nie otrzymamy zwartej kostki. Natomiast z sodowego wysołu możemy otrzymać super mydło na dualu 🙂

Na pół kilo mydła sypnęłam 30g KOH, dużo, ale pamiętałam o tym nieszczęsnym 20% kokosowym przetłuszczeniu.

dav
KOH na mydle potasowym. Fot. Mila Wawrzenczyk

Proste, prawda? Żadne robienie ługu, wszystko na raz. Co nie zwalnia z ostrożności.

Krok trzeci – podgrzewamy na małym ogniu, mieszając co jakiś czas. Teraz dzieje się zmydlanie pozostałych w mydle wolnych tłuszczów. Jest to etap niezbędny w przypadku rozpoczętego jełczenia, które tak naprawdę nie jest niczym złym z chemicznego punktu widzenia. Po prostu super hiper wielowęglowe kwasy tłuszczowe utleniają się do tych prostszych np. masłowego, który co tu dużo mówić – śmierdzi.

Druga sprawa, wysalanie najczęściej jest polecane jako przerobienie nieudanego mydła na gospodarcze. A ja powiem, że niekoniecznie. Jeśli wysalamy mydło z dużą zawartością frakcji niezmydlanej (żywiczne, shea) to na gospodarcze się nie nada, bo zostawi smugi i plamy na mytej powierzchni lub pranych ubraniach.

mde
Stare mydło+woda+wodorotlenek. Fot. Mila Wawrzenczyk

Kiedy tylko osiągnie mniej więcej jednorodną emulsję, zostawiamy do ostudzenia na kilka godzin, na noc. Niech się zmydla.

Krok czwarty – dosypujemy soli. Zwykłej najtańszej soli kuchennej. Na pół kilograma mydła, dosypałam pół szklanki soli. Ponownie podgrzewamy na małym ogniu.

hdr
Mydło potasowe w solance. Fot. Mila Wawrzenczyk

Po jakimś czasie otrzymamy taką jednorodną brejkę. Mimo, że podchodzi wodą nic nie odlewamy, bo to wciąż nie jest oddzielenie mydła od solanki. Dolewamy znów ok. litr wody i pół szklanki soli. Już wiecie po co na pół kilograma mydła potrzebujemy garnek pięciolitrowy. Być może będzie potrzebne powtarzanie tego etapu. Mnie się udało już po dwukrotnym dodaniu solanki.

Zachowajcie ostrożność, od wsypania wodorotlenku do tego etapu nasza masa ma pH w okolicach 12, czyli jest żrąca.

Krok piąty – wysół, czyli pływające po wierzchu czyste mydło. Zostawiamy to wszystko w garnku do ostygnięcia i tym samym zastygnięcia. Wtedy łatwiej wyjąć. Pozostały przejrzysty płyn zawiera glicerynę, dodatki, nadmiar wodorotlenku i solankę.

dav
Wysół do odcedzenia. Fot. Mila Wawrzenczyk

Jeśli chodzi o mydło potasowe, które rozpuszcza się o wiele szybciej w wodzie niż sodowe, trzeba wykazać się cierpliwością, bo długo mimo dodawania solanki wszystko pozostaje w fazie żelu. Żeby można było odlać solankę z dna garnka zawsze musi być ona przejrzysta a mydło musi pływać po wierzchu.

Ten etap to koniec wysalania, mydło zdjęte z wierzchu ma pH 7-8. Jest pozbawione większości dodatków. Odzyskało jasny kolor, bo odwar ziołowy przeszedł do solanki, tak samo mika, sól, cukier – wszystkie rozpuszczalne w wodzie dodatki pływają w solance. Pachnie czystym mydłem, zero zapachu jełczenia. Teraz od Was zależy, czy chcecie dalej oczyszczać mydło z substancji niezmydlalnych i pozostałości dodatków aby otrzymać czystą sól potasową lub sodową nadającą się do zastosowania gospodarczego. Czy też taki nie do końca oczyszczony wysół użyć kosmetycznie, po ponownym „dotłuszczeniu” i dosmaczeniu dodatkami.

A jaka jest różnica między mydłem naturalnym a mydłem wysolonym, ano taka:

CollageMaker_20180430_083009403
Mydło naturalne kontra wysolone. Fot. Mila Wawrzenczyk

Po lewej mydło potasowe na zimno – widoczna mieszanina gliceryny i niezmydlonych tłuszczów. Po prawej mydło wysolone – suche, czyste mydło bez gliceryny i niezmydlonych tłuszczów.

I co dalej z takim wysolonym mydłem. Ja użyłam kosmetycznie. Gotowy wysół zalałam gorącą wodą 1:1 aby uzyskać żel. Potem zmieszałam z olejem winogronowym, kawą, algami, glicerytem stokrotkowym, cukrem brązowym solą i otrzymałam pachnący peeling 🙂 Jeśli chodzi o mydło sodowe możemy na nowo uformować je w kostkę, traktując po troszę jak przetapiane a po troszę jak HP. Dodajemy więc do wysołu wody i podgrzewamy. Potem dodatkowy olej, jogurt, glinki, barwniki, olejki, czy co tam jeszcze wymyślicie i przelewamy do formy.

dav
Peeling z wysolonym mydłem. Fot. Mila Wawrzenczyk

Możecie użyć takiego wysolonego mydła jako bazy do wszystkiego! Ograniczeniem jest tylko Wasza wyobraźnia. Każde zepsute mydło da się naprawić w ten sposób. Utwardzić, rozjaśnić, zrobić od nowa 😉

 

 

 

 

Mydło na owsiance z podbiałem.

Mydła owsiane przeważnie robi się na płatkach. W zależności od ich rodzaju i sposobu obróbki otrzymamy delikatny peeling – ze zmielonych płatków górskich dosypanych na sucho do budyniu. Można też zrobić wcześniej mleko owsiane, zalewając płatki wodą a potem odcedzając. Trzeci wariant to użycie mąki owsianej. Zależy kto czym dysponuje i jaki efekt chce uzyskać. Ja najbardziej lubię zrobić brejkę z otrębów owsianych, która w mydle jest co najwyżej masażem, nigdy peelingiem. Owies jest bardzo delikatny dla skóry, dzięki saponinom, sterolom a przede wszystkim polisacharydom (tutaj betaglukan), które w wodzie zamieniają się w powlekający i ochronny glutek 😉 Żeby jeszcze wzbogacić to mydło dodałam macerat wodny z liści podbiału pospolitego, głównie ze względu na garbniki i śluzy (też polisacharydy). Ździebko kwasu cytrynowego, dodatkowo wydelikaci mydło a tlenek cynku przyspiesza gojenie podrażnień.

Receptura na około półtora kilograma mydła:

250g oliwy pomace (25%)

250g oleju babassu (25%)

250g masła shea nierafinowanego (25%)

150g oleju ryżowego (15%)

50g oleju ze słodkich migdałów (5%)

50g oleju rycynowego (5%)

300g wody (30%)

132g NaOH (co da przetłuszczenie łącznie z kw. cytrynowym ok. 9%)

100g otrębów owsianych

10g kwasu cytrynowego

5g tlenku cynku

około trzech łyżek suszonych liści podbiału

Najpierw, kilka godzin wcześniej zalewamy połową wody (150g) pokruszone liście podbiału. Zostawiamy na co najmniej 6 godzin. Odcedzamy, wyciskając ziele i rozpuszczamy w tym płynie kwas cytrynowy. Wodę można uzupełnić do początkowej wagi ale nie jest to konieczne, bo podbiał bardzo dobrze się odciska i straty będą niewielkie. Całość możemy zamrozić albo tylko schłodzić. Wsypujemy wodorotlenek i odstawiamy.

Topimy tłuszcze, dodając do nich tlenek cynku. Dla dobrego rozprowadzenia możemy zblendować. Robimy brejkę z otrębów. Zalewamy je resztą gorącej wody (150g) i odstawiamy do napęcznienia. Możecie użyć mniej otrębów jeśli chcecie.

dav
Owsianka z otrębów. Fot. Mila Wawrzenczyk

Jeśli pulpa owsiana będzie zbyt gęsta aby ruszyć łyżką, dolejcie do niej trochę roztopionych wcześniej tłuszczów. I tak wszystko trafi do budyniu a jednak pozwoli na łatwiejsze rozprowadzenie w masie.

Kiedy ług i tłuszcze osiągną temperaturę około 30 stopni Celsjusza, łączymy blendując i mieszając na zmianę. Po uzyskaniu jednorodnej emulsji – nie doprowadzajcie do grubego śladu – dodajemy owsiankę i dokładnie mieszamy. Można też zrobić jeszcze inaczej. Gotową owsiankę blendujemy razem z tłuszczami i dopiero dolewamy ług. Wtedy mydło będzie jeszcze gładsze.

Mydło nie żelowało, bo wyskoczyło mi coś nagłego, musiałam przerwać tworzenie i łączyłam w naprawdę niskiej temperaturze ok. 20 stopni. Owies nie pomógł rozgrzać masy mydlanej, nad czym strasznie boleję 😀

Kroiłam po jakichś 10 godzinach. Pachnie owsem, osadu brak. Będzie dobre za dwa miesiące.

dav
Nazywam je mydłem naprawczym. Fot. Mila Wawrzenczyk

Mydło różane chyba walentynkowe ;)

Róża to bardzo pożądany składnik mydeł. Luksusowy wręcz, niestety różany aromat znika. Jeśli chodzi o kolory również trzeba zapomnieć o różanym różu. Pokażę Wam jak zrobić różane mydło prawie naturalnie, bo jednak zapach musimy użyć syntetyczny.

Receptura na ok. 1,5 kg gotowego mydła:

400g oliwy z oliwek, pomace (40%)

250g oleju babassu (25%)

250g masła shea (25%)

100g oleju ze słodkich migdałów (10%)

300g wody (30%)

133g NaOH (co da przetłuszczenie ok. 7%)

korzeń rzewienia

cukier

suszone pączki lub płatki róży

20-30g aromatu kosmetycznego o zapachu róży

opcjonalnie węgiel i glukonolakton 😉

Najpierw ług. Chciałam uzyskać delikatny jasny odcień różu. Zrobiłam słaby odwar z korzenia rzewienia, czyli płaską łyżeczkę zalałam zimną wodą i gotowałam 10 minut na wolnym ogniu. Potrzebujecie mocniejszego odcienia użyjcie dwie łyżeczki korzenia rzewienia. Podobnie korzeń rdestowca daje różowy odcień ale bardziej żywy. Zostawiłam do ostygnięcia. Przecedziłam i dodałam cukru dla lepszej piany. Kolor bursztynowy, tak ma być. Do zimnego odwaru dodałam odważony wodorotlenek sodu i magia. Ług zmienia kolor na różowy. Ok, to nie magia to chemia. Dla dociekliwych, jest to reakcja Borntragera.

Co z tym glukonolaktonem? Najczęściej mydlarze robią też swoje kremy i inne mazidła, że o reszcie nie wspomnę 😉 Akurat jestem w posiadaniu owej substancji, a że do terminu ważności zostało jej kilka miesięcy postanowiłam zużyć też do mydła, żeby wykorzystać zamiast wyrzucać. Glukonolakton a właściwie glukono delta lakton (GDL) to polihydroksykwas, podobny do kwasów AHA, jednak ma łagodniejsze działanie złuszczające. W kremach i maseczkach robi różne cuda – złuszcza, likwiduje przebarwienia, nawilża, napina skórę. Glukonolakton po dodaniu do wody hydrolizuje w kwas glukonowy. W mydle reaguje z wodorotlenkiem i zamienia się w sól sodową o nieco innych właściwościach. W gotowej kostce otrzymamy glukonian sodu, który zachowuje się trochę jak połączenie różnych kwasów organicznych. Ja użyłam tego wynalazku pierwszy raz i już widzę, że daje wykwity jak kwas octowy, nieco rozmiękcza mydło jak kwas cytrynowy i czego nie widać ale można go o to podejrzewać wydelikaca i obniża nieco pH.  Co ciekawe występuje on w miodzie, winie i innych produktach poddanych fermentacji, więc nie jeden mydlarz go używał nieświadomie! Dodajemy go do wody na ług przed wsypaniem wodorotlenku. W tym wypadku razem z cukrem. Jego dodanie podniesie też przetłuszczenie, w mydle do rąk czy twarzy to zaleta.

Nie piszę o tym po to abyście kupili glukonolakton tylko po to abyście wiedzieli, że do mydła można wykorzystać różne substancje, niekoniecznie sztampowe i polecane 🙂

dav
Moment po wylaniu w formę. Fot. Mila Wawrzenczyk

Rozpuszczamy tłuszcze. Ług i tłuszcze doprowadzamy do zbliżonej temperatury. Okolice 30 stopni Celsjusza, będzie w porządku. Po krótkim zblendowaniu dodajemy aromat kosmetyczny i mieszamy łopatką. Ja użyłam aromatu o nazwie angielska róża, bardzo przyjemny i trwały.

Łączymy, wylewamy do formy dekorujemy suszonymi pączkami lub płatkami róży. Ja dodatkowo, niewielką część masy zabarwiłam szczyptą węgla, żeby nie było tak potwornie cukierkowo 😉 i wylewałam warstwami. Ze względu na dodatek oleju ze słodkich migdałów podczas krojenia mydło je elastyczne, nie kruszy się. Kroiłam po około 10 godzinach. Jeśli dekorujecie wierzch mydła suszonymi kwiatami, najlepiej kroić je wzdłuż boku a nie z góry na dół. Wtedy nóż czy struna nie będzie ciągnęła za sobą suszków i nie zostaną po nich ślady.

dav
Różane słońce. Fot. Mila Wawrzenczyk

Olej babassu używam, bo mam go dużo, natomiast kokosowego niewiele. Jeśli macie kokosowy to śmiało go podmieńcie. Wiem, dodatkowa robota z kalkulatorem, za to zmuszająca do własnej pracy 🙂

Mydło potasowe na zimno. Bazowe.

Nie, to nie pomyłka. Wiecie co sprawia, że pasjonuję się mydłem. To, że jakbyśmy nie nazwali procesu jego tworzenia – magia! Jak bardzo byśmy nie starali się nad nim zapanować – niepokorne! A mydło i tak zrobi co trzeba i wykorzysta możliwości przez nas dane zgodnie z niczym innym jak tylko z procesem chemicznym. Tylko i aż 🙂

Nie lubię mieszać, grzać, pilnować. Nie i już, bo to nudne jak diabli. U nas to nowinka, ale nie krajach, gdzie domowi mydlarze robią mydło dużo dłużej. Na początku nic się nie dzieje, potem rozwarstwia się po każdym blendowaniu. Oblepiony blender chlapie po blacie. Potrzeba zbyt dużo uwagi. Zupełnie niepotrzebnie, bo można zrobić mydło potasowe na zimno, bez blendera, grzania i uwagi.

Pokaże Wam dwie receptury. Są identyczne po względem saponifikacji, bo zawierają tylko oleje. Różnią się ilością wody, o tym za chwilę. Otrzymamy jasne, bazowe mydło, które można wykorzystać na wiele sposobów i oczywiście łączyć ze sobą, jak każde potasowe.

Receptura #1

210g oliwy z wytłoków (70%)

45g oleju rycynowego (15%)

45g oleju kokosowego (15%)

75g wody (25%)

65g KOH (co da przetłuszczenie ok. 1%)

 

Receptura #2

210g oliwy z wytłoków (70%)

90g oleju rycynowego (30%)

61g wody (20%)

61g KOH (co da przetłuszczenie ok. 1%)

Postępujemy standardowo. Ług i tłuszcze łączymy kiedy osiągną zbliżoną temperaturę, choć w tym wypadku ług może mieć sporo wyższą. Nie ma to znaczenia jak przy mydle sodowym na zimno. Ja łączyłam w okolicach 45 stopni ługu a tłuszcze były tylko ciepłe. Zawsze w tą stronę, ług cieplejszy niż tłuszcze. Bądźcie ostrożni, bo wodorotlenek potasu jest bardziej reaktywny niż sodowy, co jeszcze pogłębia redukcja wody.

Żadnych blenderów, żadnego grzania i pilnowania. Można zrobić na poczekaniu małą ilość np. ze 100g tłuszczów, bo wystarczy drewniany patyczek do wymieszania.

Po prostu łączymy i odstawiamy w bezpieczne miejsce. Gdziekolwiek, byleby poza zasięgiem ciekawskich. Tylko opary są niebezpieczne, sam proces zmydlania już nie.

A tam się dzieje 🙂 Najpierw gładki budyń.

dav
Po 5 minutach od połączenia. Fot. Mila Wawrzenczyk

Następnie standardowe rozwarstwienie.

dav
Po 30 minutach. Fot. Mila Wawrzenczyk

Potem zaczyna się grzać (samo!) i żelować.

dav
Gotowe. Fot Mila Wawrzenczyk

Po 45 minutach mamy gotowe mydło, pH około 8, które samo sobie poradziło 🙂

Stwórzcie własną recepturę! Jedna bardzo ważna zasada – zawartość wody. Podczas podgrzewania mydła potasowego woda paruje, dlatego potrzeba jej więcej, czasem musimy uzupełnić, bo nie można ruszyć mieszadłem. A tutaj nic nie paruje dlatego wodę należy zredukować. Przy recepturze z olejami płynnymi jest to przedział 21-25%. Wszystko zależy od tego jaką konsystencję chcemy uzyskać. Przy niższej zawartości wody otrzymamy mydło maziste i zwarte, takie jak zwykle. Więcej wody, czyli ta górna granica, da nam mydło galaretkowate i rzadsze. Ja wolę to drugie, szczególnie przy bazowych, bo łatwiej domieszać do niego glinki, peelingi, oleje itp. Jeśli korzystamy z receptury z masłami należy dodać 25-33%. Ilość wody zwiększamy proporcjonalnie do ilości maseł, czyli tłuszczy stałych w temperaturze pokojowej. Oczywiście zamiast wody można użyć wszystkich innych płynów stosowanych w mydle.

Im wyższe przetłuszczenie, tym zmydlanie trwa dłużej. Nawet do kilku dni. Dlatego nie ma sensu ustawiać go wysokim od razu, bo będziemy dłużej czekać, a chodzi o to aby w końcu odczarować złożoność robienia potasówek. Spróbujcie zrobić niskoprzetłuszczone 0-1% a do gotowego mydła dodajcie mega tłuszczów i innych dodatków ale dopiero na drugi dzień. Prościej się nie da 🙂

Czas zmydlania zależy też od rodzaju tłuszczów, więc jeśli nie będzie chciało żelować błyskawicznie, bądźcie cierpliwi, tak ma być. Mimo wydłużonego czasu, dojdzie do skutku.

Ja wymyśliłam sobie peeling z glinką czerwoną, olejem macadamia, olejkiem eterycznym jagodlin i korundem. Jagodlin to piękniejsza wersja popularnego ylang ylang, pozyskiwana z pierwszej frakcji destylacji. Ma najbardziej kwiatowy zapach.

dav
Propozycja podania 😉 Fot. Mila Wawrzenczyk

Do dzieła :*

Mleczne shea czyli mydło – krem.

Jedna z moich ulubionych receptur. Dzięki wysokiej zawartości masła shea mydło jest twarde, o kremowej pianie. Nie rozmięka na mydelniczce. Zastąpienie wody mlekiem dodaje wartości pielęgnacyjnych.

Mydła na mleku wcale nie są takie straszne do wykonania jak się je maluje 😉

Najczęściej używanymi do mydła są mleko krowie i kozie. Mleko kozie jest częściej wybierane, bo zawiera więcej dobroczynnych substancji – trójglicerydy, krótkołańcuchowe kwasy tłuszczowe. Białka obecne w mleku (kazeina, laktoglobulina, albumina) działają wygładzająco i zatrzymują utratę wody przez skórę. Laktoza, witamina D, E, dodatkowe tłuszcze – to wszystko pielęgnuje skórę.

Świetnie, więc o co chodzi z tym mlekiem? Głównie o to aby nie przegrzać ługu, łączyć w w najniższej możliwej temperaturze i nie opatulać w formie. Najczęściej też nie dopuszcza się do żelowania. Wszystko nie tylko po to aby ładnie wyglądało a też dlatego żeby zachować cenne składniki. Białka są wrażliwe na temperaturę i wysokie pH. O ile na poziom pH nie mamy wpływu, to nad temperaturą możemy zapanować.

Receptura na około 1,5 kg gotowego mydła:

500g masła shea (50%)

250g oleju kokosowego (25%)

250g oliwy z wytłoczyn (25%)

300g mleko krowie/kozie (30%)

130g NaOH (co da około 9% niezmydlonych tłuszczów)

Mleko do zrobienia ługu musi być zamrożone. Najlepiej zrobić to w foremkach na kostki lodu. Dodatkowo możemy naczynie na ług wstawić do pojemnika z zimną wodą i wymieniać ją po nagrzaniu się. Zobaczycie, że będzie potrzeba robić to kilka razy. Zamrożone kostki mleka wrzucamy do naczynia na ług i zasypujemy wodorotlenkiem, który zacznie rozpuszczać zamrożone mleko. Mieszamy i pilnujemy aby cały wodorotlenek się dobrze rozpuścił. Ług powinien mieć jasnokremowy lub jasnożółty kolor. Można też naczynie z ługiem wstawić do zamrażalnika albo wynieść na dwór – odpowiednio zabezpieczając. Jeśli jest ciemniejszy to znaczy, że temperatura została przekroczona – cukry uległy karmelizacji a białka denaturacji (w jeszcze większym stopniu niż po spotkaniu z zasadowym ługiem). Mydło bez względu na to wyjdzie.

Rozpuszczone tłuszcze łączymy z ługiem w temperaturze maksymalnie pokojowej. Jeśli czujecie, że naczynia są ciepłe, poczekajcie. Wystawcie na dwór, niech osiągną możliwie niską jednakową temperaturę. Bardziej mieszamy niż blendujemy. Jednak robimy to w miarę szybko, energicznie i bardzo dokładnie, żeby uzyskać doskonałą emulsję. To ważne przy tej recepturze, bo używamy aż 75% tłuszczów stałych, które mogą zacząć zestalać się na nowo (uwaga na fałszywy ślad). Pisząc o szybkości nie chodzi mi o gęstnienie. Chodzi o to, że jeśli chcemy zatrzymać żelowanie, czas od wlania ługu do przelania masy mydlanej powinien być jak najkrótszy. Etap żelowania w mydłach na mleku zaczyna się bardzo szybko, czasem już w naczyniu do łączenia.

Często po pokrojeniu mydła mlecznego, widać wyraźne kółko w środku, mimo, że forma z mydłem została włożona do zamrażalnika. To efekt zatrzymanego żelowania, które zaczyna się od środka mydła a dochodzi do jego brzegów. Potem zaczyna stygnąć i jaśnieć w drugą stronę, czyli do środka. Zatem jeśli żelowanie już się rozpoczęło a formę umieścimy w chłodnym miejscu – ono po prostu się zatrzyma – pozostawiając ciemniejsze kółko. Można takie pokrojone kostki mydła z kółkiem włożyć do piekarnika na 30-60 minut, w temperaturze 50-70 stopni i obserwować wyrównanie koloru. Niewielkie kółko lub nieznacznie odbiegające kolorem od reszty mydła, po czasie samoistnie się wyrówna i będzie prawie niezauważalne.

dav
Kółka brak 😉 Fot. Mila Wawrzenczyk

Ja z zasady mydłom pozwalam robić co chcą, bo uważam, że procesy chemiczne są mądrzejsze od ludzi 😛 Dlatego, każde moje mydło jest przeżelowane, również mleczne. Jak widzicie nie wpływa to na karmelkowy kolor wyjściowy. Jest jasne, tak jak powinno, bo łączyłam w 20 stopniach Celsjusza. Kroić można po 8-10 godzinach, Szybciej jeśli mydło nie żelowało. Dodałam jeszcze 20g olejku eterycznego z drzewa sandałowego. Mydło nadaje się do skóry suchej i szorstkiej a ze względu na wysokie przetłuszczenie również do twarzy.

dav
Dla ozdoby ziarenka maku. Fot. Mila Wawrzenczyk

Nie bójcie się mydeł na mleku i przetworach. Wystarczy panować nad temperaturą i wszystko się uda 🙂

Źródło:

Chemia żywności, Katedra Analizy Środowiska UG

 

 

Mydło dziegciowe 4%

Czasem trzeba się poświęcić. W przypadku mydła dziegciowego naprawdę nie ma przesady w tych słowach. Dziegieć brzozowy produkowany jest z drewna, kory nawet korzeni brzozy brodawkowatej (Betula pendula) i brzozy omszonej (Betula pubescens). Działanie keratoplastyczne, keratolityczne, antyseptyczne, przeciwzapalne sprawia, że jest bardzo skuteczny w usuwaniu zewnętrznych wykwitów, plam i placków łuszczycowych. Pomocny w terapii łupieżu tłustego, trądziku, egzemy. Ponieważ niestety mam dla kogo robić takie mydło, wytrzymuję te zapachowe katusze. Właściwie nie chodzi o to, że to brzydki zapach. Trochę smoła, terpentyna, tytoń, naftalina, trochę gaszone ognisko i żywica. Ta mieszanka dzięki węglowodorom cyklicznym daje tak intensywny, przenikliwy, ostry i trwały zapach, że na długo zostaje w nosie. Teraz pisząc wieczorem, wciąż go czuję choć pakowałam mydła dziegciowe wcześnie rano 😉 Dziegieć brzozowy (sosnowy ma bardzo podobne działanie) kupimy w aptece, sklepie zielarskim i oczywiście przez internet.

I druga gwiazda tego mydła, również nie grzesząca niebiańskim aromatem. Korzeń mydlnicy (Radix Saponariae) zawiera ok. 5% saponin, kiedyś używanych jako alternatywa mydła. Saponiny działają przeciwzapalnie, obniżają napięcie powierzchniowe wody i ułatwiają przenikanie substancji przez skórę. Korzeń mydlnicy można kupić w sklepie zielarskim i przez internet, a może własnoręcznie wykopać z trawiastych zarośli.

Receptura na około 1,5 kg gotowego mydła:

520g oliwy z wytłoczyn oliwek – pomace (52%)

250g oleju babassu (25%)

200g masła shea (20%)

30g oleju rycynowego (3%)

330g wody – użyjemy odwaru z mydlnicy

133g NaOH (co da przetłuszczenie ok. 7%)

40g dziegciu brzozowego (ok. 50ml buteleczka)

Olej babassu ma właściwości myjące ale nie podrażnia i nie wysusza jak to może robić olej kokosowy w przypadku wrażliwej skóry. Masło shea ma właściwości gojące. Olej rycynowy podniesie pienistość mydła.

dav
Uwaga na gotowanie korzenia mydlnicy, daje pokaźną pianę, która łatwo kipi. Fot. Mila Wawrzenczyk

Zarówno dziegieć jak i mydlnica mają tendencję do przyspieszania gęstnienia masy mydlanej, bez katastrofy ale jednak. Dlatego łączymy w niskiej temperaturze ok. 30 stopni. Można też naczynie z tłuszczami umieścić w większej misce z zimną wodą. Do gotowego odwaru z mydlnicy (korzeń zalewamy zimną wodą – gotujemy na małym ogniu 5 minut, odstawiamy na pół godziny, przecedzamy) wsypujemy wodorotlenek sodu. Zauważycie, że nawet po rozpuszczeniu NaOH pianka nadal się utrzymuje. A to znaczy, że saponiny mają w nosie żrący ług i wysoką temperaturę, więc spełnią swoje zadanie w mydle 🙂 Do rozpuszczonych wcześniej tłuszczów wlewamy ług – jeśli mają zbliżoną temperaturę. Bardziej mieszamy niż blendujemy.

A co z dziegciem? Są dwa sposoby na dodanie go do mydła: do tłuszczów lub do masy mydlanej (tzw. budyniu). Praktycznie nie ma to znaczenia w tym przypadku. Choć dodatki przyspieszające gęstnienie masy mydlanej bezpieczniej dodawać do budyniu, bo zyskujemy czas na przelanie do formy. Masa mydlana jeśli jest jednorodną emulsją stanie się mydłem. Jeśli dodatek zacznie nam zagęszczać masę po trzech ruchach blendera, nie zdążymy z niej zrobić emulsji zdolnej do saponifikacji. Zamiast tego prawie-mydło zostanie nam w naczyniu z dumnie stojącym na środku mieszadłem. Wtedy pozostanie już tylko podlanie wodą i grzanie na ciepło. W przypadku dodania potencjalnego zagęszczacza do budyniu najwyżej, zagęści tylko górną część masy, kilka szybkich ruchów połączy dodatek z mydłem. Wtedy jest szansa nawet na wzory – wymuszone ale jednak. Choć są i takie dodatki tzw. betonujące, że nawet jeden ruch się nie uda 😉

dav
Ja dodaję dziegieć do gładkiego budyniu, zamieniając blender na łopatkę. Fot. Mila Wawrzeńczyk

Przelewamy do formy, stukając nią o blat, żeby wypuścić ewentualne pęcherzyki powietrza tworzące dziury w kostkach. Szczególnie ważne przy wlewaniu gęstej masy. Formę okrywam, by pomóc w całościowym przeżelowaniu mydła.

dav
Podczas żelowania kolor z mlecznej czekolady zmienia się na bardziej demoniczny. Fot. Mila Wawrzenczyk

Można kroić po 16-18 godzinach. Mydło jest zwarte i elastyczne, łatwo się je kroi i odciska pieczątkę. Dojrzewa około dwóch miesięcy. Woń być może nieco słabnie ale niezbyt znacząco. W przypadku dziegciu nie ma co liczyć na zwietrzenie 😉 Jego moc jest trwała, także ta wspomagająca skórę.

dav
Takie połyskujące zostanie, choćby je użyć za dwa lata. Mila Wawrzenczyk

 

 

Źródło:

Dziegcie i smoły pochodzenia roślinnego i mineralnego, H. Różański

Towaroznawstwo zielarskie, W. Walewski

Jarzębinowe

Moje ulubione jesienne mydło. Kto nie zna owoców jarzębiny. Korale, nalewki, herbata, konfitura. A ja mydło. Mazidło zresztą też 🙂

IMG_20170908_174207.jpg
Fot. Mila Wawrzenczyk

Jarząb, to drzewo traktowane jako ozdobne, wydaje owoce (Fructus Sorbi) bogate w substancje aktywne. Nie ma znaczenia jaką odmianę oskubiemy z owoców, bo mają bardzo podobny skład chemiczny. W procesie zmydlania interesuje nas kilka z nich, tych które pozostaną w gotowym mydle i będą dobrze oddziaływać na skórę. Sorbitol pomoże w nawilżeniu. Kwasy jabłkowy, winowy, cytrynowy – wygładzą skórę. Te same kwasy pomogą wybielić plamy po opalaniu ale tylko jako maseczka lub składnik kremu, w mydle przereagują z wodorotlenkiem w sole. Garbniki i kwas sorbowy – zakonserwują.

Receptura (około 1,5 kg gotowego mydła)

350g olej ryżowy (35%)

260g olej kokosowy rafinowany (26%)

200g masło shea rafinowane (20%)

150g oliwy z wytłoczyn oliwek (15%)

20g olej rycynowy (2%)

20g kwas stearynowy (2%)

330g wody (33%) – część zastąpimy odwarem z owoców jarzębiny

135g NaOH – co da nam przetłuszczenie ok. 7%

200g owoców jarzębiny

Robimy ług. Łączymy 130g wody ze 135g wodorotlenku sodu. Ług zrobi się gęsty ze względu na redukcję wody, to nie ma znaczenia. Owoce jarzębiny zalewamy 200g wody, blendujemy i gotujemy na wolnym ogniu (powoli, lekkie bulgotanie) przez 5 minut. Odstawiamy na 30 minut. W tym czasie rozpuszczamy tłuszcze. Najpierw stałe czyli kwas stearynowy, masło shea i olej kokosowy. Po rozpuszczeniu dolewamy oleje – ryżowy, rycynowy i oliwę.

A po co ten kwas stearynowy? To nasycony kwas tłuszczowy, który ma swoją liczbę zmydlania. Daję go do ulubionych mydeł, bo trzyma w ryzach pianę i strukturę mydła tzn. mydło tak szybko nie znika z mydelniczki a bąbelki utrzymują się dłużej podczas mycia. Oczywiście można go pominąć zastępując masłem shea – lecz koniecznie przeliczając recepturę! Zwracajcie też uwagę jakiego jest pochodzenia roślinnego czy zwierzęcego.

Odwar gotowy. Odcedzamy, wyciskając owoce. Odważamy 200g odwaru/płynu potrzebne jeszcze do receptury, dodajemy dopiero do masy mydlanej!

dav
Odciśnięte owoce jarzębiny i czysty odwar. Fot. Mila Wawrzenczyk

Łączymy w temperaturze ok. 40 stopni. Wlewamy ług do tłuszczów – więcej mieszając niż blendując. Kiedy masa stanie się mętna dodajemy brakujące 200g wody czyli nasz odwar z owoców jarzębiny. Znów bardziej mieszamy niż blendujemy. Piękny różowo-pomarańczowy odwar zmieni kolor na blado-pomarańczowy gęsty budyń. Niestety ług nie ma litości dla różowych antocyjanów :/ Na szczęście karoteny ocaleją!

dav
Tuż po przelaniu do formy, taki kolor będzie miało też zaraz po pokrojeniu ale przeobrazi się błyskawicznie. Fot. Mila Wawrzenczyk

Przelewamy do formy. Żeluje pięknie – pomóżmy, okrywając ręcznikiem czy kocem. Zaskakuje innym kolorem w każdej fazie. Po przeleżakowaniu purpura ustępuje brązowi. Jako, że jesienią trzeba się rozgrzewać, posypałam mydło w formie goździkami suszonymi – to jeden z tych dodatków, który nie traci zapachu po czasie 😉

mde
Żelowanie na całego! Fot. Mila Wawrzenczyk

Jeśli chcecie możecie dodać też te odciśnięte owoce do budyniu. Struktura się zmieni, bo pestki i skórki ale cóż to szkodzi. Ja użyłam je do maski na twarz 🙂

Kroimy po 16-18 godzinach. Mydło można używać już po 6 tygodniach. Nie będzie się „maślić” na mydelniczce.

dav
Brązowo-purpurowe zaskoczenie. Fot. Mila Wawrzenczyk

Rwijcie jarzębinę, warto!

 

Źródło:

Jarzębina – Sorbus w ziołolecznictwie, dr Henryk Różański

internetowyogrod.xaa.pl/_data/ogrodnictwo/rosliny/s/sorbusaucuparia.php

O ziołach i zwierzętach, Simona Kossak