Mydło resztkowe – jak poradzić sobie z nadprodukcją własnych wyciągów, ekstraktów i nieudanych kosmetyków.

Opublikowano Dodaj komentarz

Każdy przez to przechodzi. Jak nie nadmiar maceratu, to rozwarstwiający się krem, bo że przerobić mydło wiadomo od zawsze. Zajmujące półki wyciągi olejowe czy niepasujący balsam do ciała albo sok z brzozy i aloesu. Oczywiście na zalegające ekstrakty jest sposób. Rób tylko tyle ile wykorzystasz i planuj. To zwykle przychodzi z czasem, a jednak nigdy do końca nie da się uniknąć. Ja właśnie odkryłam w lodówce pół kilo wyciągu olejowo-wodnego z płatków mniszka, tak to ten z mydła mniszkowego – produkcja rok temu! Jakieś kilka kremów czy balsamów, podarowanych bez etykiety. Moja pamięć do takich rzeczy, no cóż, nie jest najlepsza. Ocet jabłkowo-dziurawcowy, którego nikt nie chce używać, zalewajka octem spirytusowym na skórach ananasa. Masło dla dzieci na słońce, z tlenkiem cynku, pamiętające naprawdę czasy ohoho! Te wszystkie ingrediencje nie były absolutnie zepsute, nie były zapleśniały, nie wykazywały żadnych oznak nowej cywilizacji a jednak niechciane. Może za wyjątkiem resztki oleju lnianego, lecz jełczenie to tylko utlenienie kwasów tłuszczowych – zamiana jednych w drugie – mydłu toaletowemu nie zaszkodzi. Ja nie wyrzucam, wykorzystuję!

Te wszystkie składniki, wydają się przypadkowe ale tak naprawdę to przecież tłuszcze i woda. Na szybko przychodzi do głowy mydło, które wiele znosi, bo potrzebuje przecież właśnie wody do stworzenia ługu i tłuszczu do zmydlenia.

Receptura na około 1,5kg mydła sodowego:

550g olej ryżowy – wyciąg z płatków mniszka – 55%

300g olej kokosowy 30%

50g olej lniany nierafinowany – 5%

50g olej rycynowy 5%

25g masło shea nierafinowane (z masła cynkowego) 2,5%

25g masło kakaowe nierafinowane (z masła cynkowego) 2,5%

140g ocet domowy z jabłka i kwiatów dziurawca, maciora też

140g ocet spirytusowy na skórach ananasa

140g NaOH (przetłuszczenie obstawiam na jakieś 5% z kalkulatora + 4% octy + 1% z kremów)

50g kremów z wielką niewiadomą

tlenki żelaza czerwony, żółty i czarny – niech to mydło jakoś wygląda

Naturalne barwienie – tlenki żelaza. Fot. Mila Wawrzenczyk

Jak zrobić mydło, wiadomo metoda CP. Nawet wróćcie się do tego mydła mniszkowego albo do mydła z glinkami.

Co innego jest ważne. Ług należy zblendować, jeżeli dodajemy coś w kawałkach. W tym przypadku matki octowe. Uwaga, przy blendowaniu ługu, nie wolno podnosić końcówki z dna pojemnika. To samo zaciągnie i zmieli, jeżeli w trakcie pracy silnika podniesiecie końcówkę, ochlapiecie alkalicznym ługiem siebie i wszystko naokoło. Druga rzecz te kremy i masło cynkowe również trzeba zblendować przed wlaniem ługu. Nabierzcie takiej rutyny, że zawsze blendujecie tłuszcze, to pomaga w wielu sytuacjach np. mydła z woskiem łączone w temperaturze pokojowej albo zabielane tlenkiem cynku, tytanu.

Co możemy spożytkować ponownie i jak to robić:

  • jeżeli ekstrakty lub kremy zawierają alkohol etylowy lub glicerynę trzeba uważać na przyspieszenie masy mydlanej, lepiej zużyć w mydle potasowym (najlepiej) lub sodowym metodą na ciepło HP, wódy i tak nie zamrozicie
  • nie wykorzystujcie emulsji z widocznymi cywilizacjami, zapleśniałe, zakażone szczepami bakterii, nie, naprawdę nie przesadzajmy
  • czasem domowy ocet idzie w stronę fermentacji mannitowej, można użyć w mydle jako wspomagacz piany – mannitol to alkohol ale cukrowy, będzie potęga, uwaga – nie dotyczy fermentacji acetonowo – butanolowej (poczujecie ten charakterystyczny zapach, gwarantuję) – nie kuśmy reakcyjności
  • nie oczekujcie po ekstraktach ziołowych, że na ich bazie zrobicie białe mydło, zaplanujcie od razu jakieś barwienie w kolorach żółtego, czerwieni, może węglowe mydło, oczywiście jeżeli nie będzie to wyciąg olejowy na rdestowcu, bo ten przecież różowy zgodnie z reakcją Borntragera
  • jeżeli nie jesteście pewni na jakim oleju jest wykonany wyciąg, to ustawcie wysokie SF minimum 10%, dodajcie octu bez przeliczania, zakładam, że zwykle robicie na słoneczniku, oliwie czy rzepakowym – one mają bardzo podobną liczbę zmydlania – jednak podpisywanie słoików przydaje się
  • wszystkie maceraty (pamiętacie, że macerat to woda) i octy trzeba zamrozić, nie potrzeba nam utleniania w wysokiej temperaturze czy kipiącego ługu, wszystko co nie jest wodą mrozimy lub mocno chłodzimy, ja mrożę
  • kremy czy masła wrzucam do tłuszczów i blenduję, ile dodać? to proste trzeba przeliczyć dodatkowe SF, np. krem zawiera 30% fazy tłuszczowej, więc w moim przypadku było to 50g x 0,3 = 15g fazy tłuszczowej – wiadomo, że emulgator i witamina E również w to się zalicza, więc teoretycznie przetłuszczenie zostanie podniesione o około 1% dla mojego mydła, dlatego emulsje w standardzie 30% FO można śmiało oraz w ilości sporej
  • emulsje zawierają wodę, weźcie to pod uwagę przy ustalaniu % wody w mydle, tutaj dzięki kremom doszło około 2-3% wody, więc finalnie mydło będzie musiało odparować 30% (kalkulator ustawiłam na 28%)
  • również weźcie zawsze pod uwagę zawartość kwasów organicznych, cytrynowego, mlekowego, askorbinowego (no ten to akurat nie kwas tylko alkohol polihydroksylowy ale mniejsza o to)
  • możecie też wykorzystać solanki, na których robicie ekstrakty np. płyn Ringera
  • jeżeli została Wam niewykorzystana maska do twarzy, henna do farbowania i różności typu paskudna nalewka czy srebro niby koloidalne, wrzucajcie w mydło śmiało, tylko zastosujcie się do zasad zwyczajnego robienia mydła
Mydło sodowe resztkowe, barwione naturalnie. Fot. Mila Wawrzenczyk

Nie dodałam żadnego olejku eterycznego, dajmy czasem dojść zielsku do głosu. Pachnie mi tak, jakby jednak było nieco etanolu (to znaczy super, bo wóda mydłu nie szkodzi), acz nie podejrzewałam, bo gęstnienie nieco przyspieszone przy łączeniu w temperaturze pokojowej jest też efektem połączenia oleju rycynowego z ryżowym. Być może w kremie był jakiś macerat wódkowy, do tego i octy, które same z siebie raczej nie przyspieszają ale już ta kumulacja wszystkiego czyni takie ryzyko. Roztwór kwasu octowego, czyli mój płyn na ług łącznie z dwóch octów to około 7%, trzeba uważać na czas krojenia. Ja odkroiłam pierwszą kostkę po 4 godzinach, za szybko, żelujący środek właściwie wylał mi się na deskę. Przykryłam znów kocem i zostawiłam a po sześciu godzinach już było dobrze.

Tlenki żelaza, cynku czy chromu to nie miki, nie dadzą się łatwo rozprowadzić w masie mydlanej – budyniu. Najlepiej dokładnie zmieszać je z tłuszczem inaczej mogą zostawić widoczne kropki w kostce mydła.

Mydło barwione tlenkami żelaza. Fot. Mila Wawrzenczyk

Czas na wykorzystanie, a nie marnowanie!

Olejki eteryczne w mydle.

Opublikowano Jeden komentarz

Niby temat rzeka a jednak wystarczy znać proste zasady, by skutecznie pachnić mydło olejkami eterycznymi. W tabeli znajdziecie kilkadziesiąt rodzajów olejków, niektóre się powtarzają dlatego, że rośliny olejkowe mają często po kilka gatunków i to też może robić różnicę we własnościach konkretnego olejku. Tutaj proszę.

Ok, o co chodzi i jak to robić.

Olejki eteryczne wietrzeją z mydła. Tak i nie!

Spójcie w tabelę. Są dwa parametry, które o tym decydują – temperatura wrzenia olejku i rekcja z ługiem. Jeżeli ta druga nastąpi, tworzą się estry (głównie), sole kwasów. Pamiętacie, że estry to te pachnące substancje, pisałam przy okazji mydła potasowego sapo kalinus. Faktycznie jeśli powstanie nowy związek, olejek nie będzie pachniał identycznie jak z butelki ale nadal będzie to zapach dający określić konkretną roślinę. Temperatura wrzenia olejku to taki punkt, w którym zwyczajnie paruje a kiedy paruje to czuć jeszcze chwilę, kilka godzin czy dni. Należy odczytywać ten parametr tak. Im wyższa temperatura wrzenia tym olejek mniej się boi gorącego i jest bardziej trwały, wolniej paruje. Jak to czytać:

  • wysoka temperatura wrzenia nie świadczy o tym, że mydło będzie pachniało mocno, np. olejek amyrisowy mimo prawie 300 stopni (które mydło aż tak wysoko żeluje?!), nigdy nie będzie powalał zapachem dlatego, że sam z siebie jest bardzo delikatnie wyczuwalny, łagodny, balsamiczny. Amyris to nuta bazy, on trzyma i podbija inne aromaty, po to właśnie jest.
  • niska temperatura wrzenia nie zawsze pozostawi nic z zapachu, np. petitgrain czyli olejek pozyskiwany z liści gorzkiej pomarańczy, mimo szybkiego wrzenia 166 stopni (żelowanie bez problemu tyle osiągnie), w trakcie saponifikacji tworzy octan linalylu a ten już będzie trwał całkiem długo, dając cytrusową zielskość. Ług jest ok, pomaga 🙂
  • niska temperatura wrzenia bez reakcji z ługiem, jest najgorszym co może się przydarzyć olejkowi w mydle. Mandarynka, cytryna, słodka pomarańcza mają krótki żywot, dodawanie ich solo nie ma większego sensu jeżeli liczymy na konkretny zapach. Są też zalety, cytrusy (te prawdziwe tłoczone ze skórek) rozrzedzają masę mydlaną (te wskazówki również umieściłam w tabeli). Nie są drogie, więc posiadanie ich na stanie jest rozsądne np. kiedy lubimy używać syntetycznych kompozycji zapachowych, które robią betonujące psikusy z masą mydlaną. Foldowane cytrusy, potrafią trzymać się w mydle 1-3 lata, sprawdzone na pomarańczy. Foldowanie to proces kilkukrotnej destylacji olejku, wyciśniętego mechanicznie ze skórek. Cytrusowo pachnące mydło można też uzyskać innymi olejkami.

W tabeli jest też informacja o zabarwianiu masy mydlanej. To się zdarza naprawdę rzadko, szczególnie dzięki pomarańczy foldowanej można uzyskać kolor pomarańczowy. Odbarwianie jest domeną raczej kompozycji zapachowych.

Zagęszczanie. Ratunku beton w sekundę!

Olejki eteryczne w większości nie robią betonu. Jeżeli już to trzeba uwagę zwrócić na te przyprawowe np. goździk, tymianek i nieco mniej uwagi na kwiatowe ylang, neroli. Popatrzcie w tabeli, na które konkretnie trzeba uważać. Tyle, że to jest zagęszczanie masy szybsze lub wolniejsze ale widoczne. Natomiast taki typowy beton (albo dziwne rozwarstwienie masy) jest najbardziej możliwy w przypadku syntetycznych kompozycji zapachowych. Jeżeli beton zrobił się po wlaniu olejku rozmarynowego, to wiedz, że jest z nim coś nie tak. Na ratunek przyjdą olejki cytrusowe, szczególnie cytrynowy ma wielką moc. Dodawanie olejku na sam koniec, do budyniu, najlepiej rozrobionego w niewielkiej ilości oleju roślinnego ukradzionego z całej masy tłuszczów. Zagęszczanie może być też zaletą, ja tak użyłam olejku tymiankowego w mydle 100% rzepakowym.

Jak odróżnić olejek eteryczny od kompozycji zapachowej?

Powiem Wam od razu, że to nie jest proste. Na początku przygody w ogóle nie mamy pojęcia na co zwracać uwagę a buteleczki w kwiaciarniach kuszą.

  • nazwa INCI, nie rośliny po łacinie, nie 100% essential oil, INCI to jest język substancji kosmetycznych, łączący łacinę z językiem angielskim, takie kosmetyczne esperanto. Dlatego, jeżeli widzicie nazwę olejek cynamonowy i tylko Cinnamomum Zeylanicum omijajcie. Ja nie wiedziałabym na tej podstawie co kupuję. Powinno być Cinnamomum Zeylanicum Bark Oil lub Cinnamomum Zeylanicum Leaf Oil. Pierwsze dwa słowa to łacińska nazwa rodzajowa Cinnamomum i gatunkowa Zeylanicum rośliny a trzeci Bark i czwarty Oil wyraz to angielska nazwa części rośliny i formy substancji. Są oczywiście takie jak np. szałwia lekarska, które nie zawierają słowa części rośliny Salvia Officinalis Oil. Dlatego, że INCI wbrew pozorom stara się skracać jednak nazwy. Jeżeli olejek jest pozyskiwany z całego ziela przeważnie nie używa się nazwy Herb. Ja to wiem, Wy musicie się nauczyć jeżeli chcecie dokonywać świadomego wyboru kosmetycznych olejków eterycznych.
  • cena, o tym już było setki razy i wszędzie. Cytrusy tłoczone ze skórek są tanie, bo łatwo je pozyskać. Im rzadziej spotykana roślina i trudniejszy proces pozyskania np. trzeba bardzo dużo kwiatów ylang żeby wydestylować Cananga Odorata Flower Oil, tym droższy olejek eteryczny. Logiczne. Kardamon, melisa czy mirra, mimo, że powszechne dają niewielkie ilości olejku, dlatego cena jest jaka jest. Pół biedy jeżeli kupimy olejek sandałowy a on się okaże po prostu tańszym amyrisem. Drzewa sandałowe są zagrożone wyginięciem. Gorzej jeżeli kupimy tani olejek neroli a on się okaże tzw. commercial czyli mieszanką kilku do kilkunastu procent olejku eterycznego i syntetycznych komponentów odpowiadających zapachowi kwiatów gorzkiej pomarańczy. Oczywiście nie ma nic złego w syntetykach lecz wypadałoby zostawić wybór klientowi.
  • zapach, tutaj naprawdę nie pomogę pisząc ale opowiem Wam o swoim doświadczeniu. Dobrych lat naście temu, nie było zbyt wielu możliwości w Polsce. Masło shea czy olejek z drzewa herbacianego to były rarytasy, za miliony i punkt wyżej tracił sens. Na szczęście teraz jest inaczej. Być może możliwość wyboru wszystkiego działa właśnie w odwrotną stronę. Pamiętam, więc swoje pierwsze zakupy małych butelek i wow jak to pięknie pachnie. A potem przyszły świadome zakupy we Francji, Wielkiej Brytanii i rozczarowanie. Olejek eteryczny nigdy nie pachnie jak drogeria, nigdy. Taką moc mogą mieć blendy czyli mieszanki odpowiednio dobranych olejków. Zapachu olejków eterycznych trzeba się nauczyć. Przećwiczyć wpadki żeby umieć wybierać i wiedzieć co się kupuje. Zdarza mi się do tej pory wąchać jakieś ordynarne niby olejki 100% ale teraz już wiem, że to tylko naśladowcy.

Podrzucam Wam też kalkulator olejków, niestety strona już nie tworzy. Jednak można znaleźć sporo inspiracji. Naprawdę warto łączyć, czasem nieoczywiste mieszanki tworzą coś wspaniałego, nieoczywistego. To nie jest tak samo jak w perfumiarstwie, oj nie. Jednak mnie to sprawia o wiele większą frajdę. Pomyślcie, możecie łączyć zagęszczające olejki z tymi, które rozrzedzają i ryzyko będzie minimalne. Poza tym to nudne wciąż pachnieć tylko jednym 😉

Podstawowe zasady dodawania olejków eterycznych do mydła.

  • dodajemy na końcu, do masy mydlanej, nie do tłuszczów. Jeżeli mamy kilka mas, w różnych kolorach, to wybór należy do nas czy dzielimy olejek na wszystkie (jeżeli ma rozrzedzić, wtedy warto),
  • możemy utrwalić dodatkowo zapach, zawieszając go w proszku np. mąka, skrobia, glinka, nawet kilka dni wcześniej,
  • możemy utrwalić zapach bazowymi olejkami, żywica benzoesowa, copaiba, amyris,
  • staramy się nie przegrzewać masy mydlanej, jeśli już piekarnik to naprawdę tylko kilkanaście minut lecz i tego nie polecam –> patrz tabela i temperatura wrzenia,
  • łączymy zagęszczacze z rozrzedzaczami lub jesteśmy uważni i nie blendujemy, tylko mieszamy trzepaczką, tuż przed wlaniem w formę,
  • olejek eteryczny nie zabije Wam charakterystycznego zapachu mydła potasowego, tu trzeba inaczej alkohol i kwas, a na koniec dopiero eteryk,
  • pamiętajcie, że inne dodatki czy podstawowe składniki również mają swój zapach, dodanie olejku rozmarynowego do mydła, które zawiera 30% masła kakaowego, 20% masła shea albo odwar i wyciąg olejowy z nostrzyka nie uczyni go buchającym świeżością, aromat będzie złamany między ciepłem maseł a rześkością rozmarynu,
  • nie dodawanie a przechowywanie, olejki parują, wietrzeją, utleniają się, nie trzymajmy ich na słońcu a w kartonie zamkniętym (tak karton przepuszcza potrzebne powietrze i pozwala schnąć mydłu), każdy inny zapach osobno,
  • jeżeli dodajemy olejek eteryczny lawendowy, to zróbmy ług na hydrolacie lawendowym a tłuszcze niech będą wyciągiem z ziela lawendy, to wszystko pogłębi zapach, tak hydrolaty pachną w mydle bardziej niż napary.

Olejki eteryczne w mydle mają też funkcję, to nie jest tak, że skoro się zmywa nie działa jak pozostawiony na skórze – nie ma znaczenia – można lać do woli!

Działa, wspomaga konkretną funkcję jako jeden ze składników. Tak, może również podrażniać, uczulać, dokładnie jak balsam czy krem. Umyj się mydłem z olejkiem miętowym i wyjdź na mróz. Spokojnie to tylko eksperyment 🙂

Muszę jeszcze wspomnieć o jednym, IFRA. To taka wyrocznia zapachowa, a jej atrybutem jest bat obostrzeń w stosowaniu maksymalnego stężenia olejku eterycznego w kosmetyku. Wszyscy powinniśmy zwracać na to uwagę, szczególnie producenci kosmetyków, w tym wypadku safety assessor jest bez mocy, musi przestrzegać aktualnych wytycznych. Obecnie jesteśmy w erze 49 poprawki (od roku właściwie), każda kolejna poprawka to nowe obostrzenia, tym razem wzięto się za furanokumaryny i żywice. IFRA jest jedna, nie ma czegoś takiego jak inne poziomy dla tego samego olejku u innych dystrybutorów. Olejki eteryczne mają pewne zakresy substancji, które są stałe, więc jeżeli posiadasz od kogoś kartę z dopuszczalnym stężeniem np. olejku cytrynowego 20-50-100% to albo jest to nieaktualna poprawka 48 albo olejek jest mieszany z syntetykiem naśladującym zapach. Spójrzcie na ten właśnie olejek cytrynowy, do tej pory była dowolność, czyli wyśmiewane 100% w każdej formulacji kosmetycznej. A teraz ups!

Źródło:

Essential oils in soap: interview with Kevin Dunn

The International Fragrance Association

Mydło potasowe.

Opublikowano 7 komentarzy

Może nie wiecie ale mydło potasowe to pierwszy rodzaj mydła wytworzony przez człowieka, z popiołu. Potem był potaż, zanieczyszczony pseudo wodorotlenek. Aż w końcu wymyślono produkcję czystego wodorotlenku i tak zostało do dziś. Wodorotlenek potasu jest bardziej reaktywny niż sodowy. Pochłania szybciej i dużo więcej wilgoci a razem z nią dwutlenek węgla z powietrza. Z tego powodu nie ma możliwości kupienia wodorotlenku o zawartości 99%, tak jak NaOH. Droga od produkcji przez pośredników, do mydlarza jest zbyt długa, by udało się utrzymać KOH bez zawartości węglanu potasu. Dlatego też, w kalkulatorze zawsze zaznaczamy opcję 90% wodorotlenku potasu.

Mydło potasowe to pasta.

Zwykle z takim przeznaczeniem je robimy. Jeżeli użyjemy tylko uwodornionego oleju sojowego (nazywanego woskiem sojowym) albo łoju wołowego z dodatkiem soli, oczywiście otrzymamy kostkę potasową. Tylko po co, skoro od kostek mamy wodorotlenek sodowy, no może z ciekawości. Takie mydło zawsze będzie bardziej rozmiękało na mydelniczce. A już na przykład mydła na dualu, czyli na dwóch wodorotlenkach potasowym i sodowym, to zupełnie inna bajka. Ponieważ potasowe pieni się dużo lepiej i właśnie rozmiękcza, warto takie połączenie wykorzystać w mydle solnym, które z zasady wychodzi jak kamień. To samo dotyczy sytuacji, kiedy mamy dużo twardych tłuszczów lub tylko takie recepturze, przykładowo masło mango i olej kokosowy. Korzystnym będzie zwiększyć poślizg i rozmiękczyć (nie zawsze to słowo jest pejoratywnie traktowane w mydleniu) kostkę, aby było przyjemniej jej używać.

Tłuszcze w mydle potasowym.

Żeby mydło potasowe pozostało pastą i nie stało się twardzielem, przy którym łamiemy pazury aby wyjąć ze słoika, staramy się dodawać jak najmniej tłuszczów stałych. To wszystkie te zawierające cztery podstawowe kwasy tłuszczowe, w większej ilości – laurynowy, mirystynowy, stearynowy i palmitynowy. Ja akurat rzadko dodaję do mydeł potasowych masło shea, czy olej kokosowy. Ten drugi z wyjątkiem gospodarczych oczywiście. Korzyści, które dają można zastąpić czym innym. Lanolina, nie utwardza mydeł potasowych a też daje okluzję. Pienistość można podnieść za pomocą polisacharydów, czy innych cukrów. Jeżeli już dodawać twarde tłuszcze to nie w takiej ilości jak się zwykle dodaje do mydeł w kostce. Tutaj naprawdę lepiej ograniczyć się do kilku, kilkunastu procent.

Kwasy organiczne i alkohol.

Główne zadanie kwasów organicznych to konserwacja, wiadomo. Ocet utwardza każde mydło, nawet potasowe – oczywiście nie do kostki, ale widać różnicę. Jednak nie powstaje przyjemny żeluś a bardziej zwarta pasta. Natomiast kwas cytrynowy i mlekowy oraz ich sole, cytrynian i mleczan widocznie rozrzedzają mydło potasowe. Dlatego ich połączenie z większą ilością stałych tłuszczów w jednym mydle uratuje konsystencję gotowego potasowego. Kwasy organiczne w połączeniu z alkoholem tworzą estry (nie tylko to się dzieje w mydle ale nie będę komplikować), to takie substancje nadające zapach, przeróżny. Są wykorzystywane w połączeniu z innymi składowymi w perfumerii. Ponieważ mydło potasowe tak zwane gołe ma swój specyficzny zapach, którego nie potrafią pokryć olejki eteryczne ani zapachowe, w każdym razie nie do końca. Warto stosować to połączenie. Dla mnie kwas cytrynowy i etanol to jest jabłko z gruszką i może czymś jeszcze. Używajcie alkoholu jaki macie, nawet przedgon czy owoce z nalewki zrobią robotę. Alkohole przyspieszają saponifikację, wszystkie. Etanol, gliceryna, ksylitol, tak te ostatnie to też wóda, ze względu na moją ukochaną grupę hydroksylową. Ilość zależy właściwie od niczego, ile macie i jakiej mocy tyle dodajcie, zawsze 50g zwykłej wódki na kilogram tłuszczów to lepiej niż wcale. Sapo kalinus umieszczone w Farmakopei, ma dodatek spirytusu 10% masy tłuszczów i ja się staram tego trzymać jeżeli posiadam spirytus. Zwykle dodajemy je na etapie chwilę przed żelowaniem, kiedy się rozwarstwia i widać, że niedużo brakuje. Można też zastąpić wodę na ług maceratem z dodatkiem alkoholu, kwasu i gliceryny albo glicerytem (wodorotlenek rozpuszcza się też w glicerynie i alkoholach). Etapy saponifikacji, czyli zmydlania są uwiecznione tutaj.

Przetłuszczenie SF.

Ze względu na to, że mydło potasowe daje możliwość dodania różności w każdej chwili, ustawiajcie przetłuszczenie na zero. Jeżeli ustawicie na od razu na dziesięć, to ograniczycie ilość domieszki oleju, na etapie dosmaczania. Już nie będzie można nieudanego potasowego wykorzystać do mycia szyb, bo z taką ilością niezmydlonego tłuszczu, zostaną smugi. Zerowe przetłuszczenie przyspiesza też saponifikację, bo ług będzie zajęty tylko taką ilością kwasów tłuszczowych, które jest w stanie zmydlić. Pamiętajcie, że każdy kwas organiczny podnosi przetłuszczenie. Proste związki reagują szybciej, dlatego najpierw ług zajmie się kwasem cytrynowym czy mlekowym a dopiero potem hydrolizą tłuszczów, na które już go nie wystarczy. Żeby utrzymać przetłuszczenie na założonym poziomie należy przeliczyć dodatkowy wodorotlenek – tutaj. Oczywiście nie jest to aż ważne przy mydłach do ciała, które nie staną się gospodarczymi.

Metoda HP, na ciepło.

Mydło potasowe możemy zrobić, grzejąc ług z tłuszczami aż do przeżelowania. Trzeba wtedy pilnować, by masa mydlana nie wykipiała z garnka lub wolnowaru. Często mieszać, szczególnie uważać na dodatki cukrowe – cukier, miód, słodkie suszone owoce, zioła śluzowe. Zbyt szybkie ich dodanie może stworzyć czarną spaloną maź zamiast mydła, najlepiej dodawać je w momencie, kiedy ług już jest zajęty zmydlaniem. Metoda HP wymaga dodania większej ilości wody, bo grzane mydło odparowuje wodę. Im więcej tłuszczów stałych, tym więcej wody powinniśmy wlać, by twarde kwasy tłuszczowe nie zbiły mydła do tego stopnia, że potem trzeba będzie rozrzedzać. Tutaj przykład mydła do włosów, grzanego.

Metoda CP, na zimno.

Można też zrobić mydło potasowe w słoiku czy w garze, po prostu zalewając ługiem tłuszcze. Zblendować porządnie i mieszać co jakiś czas, aż do przeżelowania. Ponieważ tutaj, nie ma dostarczania ciepła z zewnątrz, nie istnieje też niebezpieczeństwo przegrzania i wykipienia. Są tłuszcze np. olej rzepakowy czy lniany, które bardzo długo się zmydlają. Saponifikacja wydaje się nie mieć końca, można ją przyspieszyć, o tym niżej. Ta metoda potrzebuje tylko tyle wody ile jest wodorotlenku i innych rozpuszczalnych w wodzie substancji. W kalkulatorze ustawiamy stosunek woda:wodorotlenek 1:1, lecz gdy dodajemy kwas cytrynowy czy sól, musimy zwiększyć ilość wody o jego wagę. To ważne, bo inaczej zabiorą wodę potrzebną do rozpuszczenia wodorotlenku. Nie dotyczy to oczywiście glinek czy ziół, bo one się nie rozpuszczają w niczym, tylko dyspergują. Tutaj więcej o tej metodzie.

Metoda #wciepywane 🙂

Wzięła się z lenistwa i chęci spożytkowania tzw. resztek, jak zwykle! Każdy kto robi kosmetyki, robi też różnego rodzaju ekstrakty, maceraty, czy też akurat ma zbyt dużo ziół czy niechcianego produktu spożywczego. Wtedy z pomocą hydrolizy przychodzi właśnie wodorotlenek potasu. Został Wam korzeń żywokostu z glicerytu, a tam jeszcze mnogość polisacharydów i alantoiny. Nie ma nic prostszego. Tworzymy recepturę, odważamy oleje i pozostałości zielska w ilości 10% do nawet 30% masy tłuszczów. Blendujemy aby ułatwić potem pracę KOH. Dosypujemy wodorotlenek i dolewamy płynu, mieszamy do rozpuszczenia wodorotlenku, potem blendujemy i mieszamy jak wyżej, aż do przeżelowania. Dla niewprawnych lepszym będzie zrobienie ługu w osobnym naczyniu i dolanie standardowo do tłuszczów. Uwaga, ta metoda wymaga wydłużonego czasu saponifikacji, bo wtedy mamy gwarancję, że przykładowy korzeń żywokostu rozejdzie się na pastę i nie pozostawi wyczuwalnych kawałków. Dlatego, też mniej blendowania, więcej mieszania i wskazane tłuszcze dłużej zmydlające się. Nie warto wykorzystywać surowca typu płatki maku z maceratu (przypominam maceratio to moczyć a nie zalewać olejem), te blade wymoczki już nie zawierają niczego cennego. Zauważycie po wyglądzie czy zapachu zielska, co jeszcze można wykorzystać. Bardzo trudno lub wcale hydrolizują twarde łodygi i pędy iglaków, więc to sobie darujcie. Takie mydło można zarówno grzać jak i robić na zimno, zachowując zasady konieczne dla każdej z metod. Przykładowe wciepywane tutaj.

Osad i gliceryna. Przechowywanie.

Tak! Mydło potasowe też może mieć osad, zobaczcie tutaj. Dzieje się tak wtedy, gdy zostawiamy je w nieprzykrytym pojemniku lub garnku z nieszczelną pokrywką. Taki osad z węglanu potasu to potash. Wystarczy zamieszać i znika. Dlatego, każde mydło potasowe musi być przechowywane w szczelnie zamkniętym pojemniku, czy zakręconym słoiku. Bez dostępu powietrza nie odparuje też woda, nie zrobi się na wierzchu utwardzona skorupka. Tylko opisujcie słoiki, bo można pomylić z powidłami! Czasem widzę zdjęcia z pytaniem co tu się stało? Widać na nich gęstą masę mydlaną i oddzielonym przejrzystym, jaśniejszym jakby płynem. To gliceryna. W reakcji zmydlania jest produktem ubocznym. W kostkach czasem to objawia się tzw. poceniem. Jeżeli nie mieszamy czy nie używamy mydła potasowego jakiś czas, gliceryna po prostu oddziela się od reszty masy nie niepokojona. Wystarczy zamieszać przed użyciem.

Działanie keratolityczne i emulgacja.

Keratoliza to zerwanie połączeń (mostków siarczkowych w trzeciorzędowej strukturze białek), bez obaw takich mocy mydło potasowe nie ma, bo do tego musiałoby mieć co najmniej pH 12. Dlatego mówimy o jego działaniu keratolitycznym, które tak naprawdę tylko rozluźnia te połączenia, ułatwiając usuwanie martwego naskórka. Znacie rytuał łaźni tureckiej zwany hammam? Jego częścią jest właśnie smarowanie się mydłem potasowym, zostawianie na go na skórze przez kilka, kilkanaście minut, potem spienienie i spłukanie wodą. Gładkość gwarantowana. Skóry wrażliwe muszą uważać, kiedy zaczyna szczypać trzeba już zmywać. Z drugiej strony jest to zabieg na pewno przyjaźniejszy dla cer trądzikowych, naczynkowych niż mechaniczny peeling. A dlaczego tylko mydło potasowe? Dlatego, że kostkami nie ma możliwości się obłożyć, a pasta potasowa idealnie przylega do suchej skóry i na niej pozostaje. Sama piana z kostki ma już tylko działanie podobne do promotorów przejścia, jak saponiny. Mydło potasowe ma też zdolności do emulgowania, łączenia trudnych – proszkowych substancji w maściach. Z wyżej wymienionych powodów jest często składnikiem specyfików galenowych i farmakopealnych np. maści Lenartowicza.

Dojrzewanie i użytkowanie.

Nie dajcie się zwieść informacjom, jakoby mydło potasowe było do użytku od razu, bo żelowało przecież. Oczywiście można umyć ręce i zróbcie to jeżeli nie macie doświadczenia z takim mydłem. Zobaczycie na własne oczy, że piana jest słaba a zamiast przyjemnego poślizgu, w trakcie mycia dostajecie tępość. Tak właśnie zachowuje się niedojrzałe mydło potasowe. Często też pojawia się zarzut, że maże się na skórze zamiast fajnie pienić. No, więc wróćmy teraz do łaźni tureckiej. Przecież to zaleta jest. Mydła potasowe pienią się zawsze, nawet jeżeli ograniczony do ośmiu kwasów tłuszczowych kalkulator, mówi inaczej. To jest tylko i wyłącznie kwestia użytkowania. Po pierwsze trzeba używać niewielkiej ilości mydła a dużej ilości wody. Jeżeli myjecie włosy to nie wystarczy lekko zwilżyć czuprynę, trzeba ją porządnie namoczyć. Po drugie dojrzałość mydła ma znaczenie ogromne na ilość wytwarzanej piany. W końcu po trzecie, do mycia ciała najkorzystniej używać myjki, nakładając na nią pastę i myjąc mokre (tym razem) ciało.

Rozpuszczanie.

Można pozostawić mydło w formie pasty i używać ze słoika, to się sprawdzi w przypadku maski i używania myjki. A można też zrobić z niego żel lub płyn na kilka różnych sposobów. Dla tych, którzy nie potrzebują żelu natychmiast, polecam zasady i metodę opisane przy gospodarczym żelu do garów. Zalewamy i czekamy aż samo się zrobi. Taki żel będzie zawsze przejrzysty. Jeżeli ktoś chce na szybko i do używania z pompką pianotwórczą (taki rodzaj pojemnika zawsze ratuje zbyt mocno rozrzedzone mydło) albo po prostu jako płyn do prania, to jak najbardziej więcej wody i blendowanie, które uczyni mydło nieprzejrzystym. Podobnie jak przy płynie do prania. Jeśli rozpuszczacie mydło być może trzeba będzie je zakonserwować (konserwanty fazy wodnej). Szczególnie jeśli rozcieńczalnika jest dużo więcej niż mydła lub zawiera ryzykowny materiał roślinny – dużo polisacharydów, niedokładnie przefiltrowany odwar itp. Jest jeszcze jeden sposób na rozrzedzanie, taki z dodatkiem gliceryny i syropu prostego. Dorotka Hajduczek wszystko wyjaśniła u siebie, krok po kroku.

Dodatki i przeróbki.

Taka postać mydła daje wiele możliwości. Przede wszystkim możemy w dowolnym momencie, po tygodniu czy po roku, z łatwością domieszać do niego dodatki. Stworzyć mydło do ciała lub do sprzątania, nawet z pozornie nieudanej receptury. Jak? Łyżką, normalnie, mieszając do dokładnego połączenia. Ostatnio zrobiłam z jakiegoś starego mydła potasowego mleczko do czyszczenia powierzchni. Takiego na zerowym przetłuszczeniu, bez wosków, shea i podobnych niezmydlalnych. Z dwóch części mydła, jednej sody oczyszczonej. Zblendowałam – soda rozrzedza gotowe mydło, upłynnia. Do tego guma ksantanowa rozrobiona w glicerynie, która wytrąciła się sama po takim czasie. Niedużo tej gumy, tak jak do kremów 0,2-0,5% wszystkiego. Guma dla stabilności, lecz i tak lepiej wstrząsnąć przed użyciem. Sody jest za dużo by się rozpuściła a gumy lepiej nie dodawać więcej. Dolałam też blendu minty clean dla zapachu i odkażania. To samo możemy zrobić z mydłem potasowym przeznaczonym do ciała, tutaj podałam kilka różnych sposobów i tutaj też. Do gotowego mydła potasowego można dodać nieudany, rozwarstwiający się krem albo przerobić go na mydłokrem, stosując się do tych wskazówek. Pamiętajcie, że zawsze chodzi o konsystencję i nie dodawanie do gotowego mydła rozmiękających dodatków typu nasiona chia. Każdy dodatek proszku ziołowego, mleka w proszku, glinki zmatowi gotowe mydło, nie przejmujcie się tym. A kiedy już naprawdę nie chce mi się niczego robić, wrzucam garść mydła potasowego do wanny i w takim płynie się moczę.

Bogactwo 🙂 Fot. Mila Wawrzeńczyk

Mydło ziołowe. Co i jak.

Opublikowano 5 komentarzy

Dla czytelników bloga to właściwie będzie podsumowanie. Może i warto, tak samo jak warto upychać w mydła wiele rzeczy ze względu na zawartość przydatnych substancji. Być może to jest dobry czas na odłożenie do ciemnej piwnicy teorii jakoby w mydle nic nie miało sensu. Gdyż a) ług żre b) za krótki kontakt ze skórą. Dysponujemy zbyt szeroką wiedzą naukową, aby robić z siebie ignorantów powtarzając nie mające podstaw opowieści. Live po co zioła w mydle!

Receptura CP na około 1,5kg mydła:

Szaleństwo wielu tłuszczów. Fot. Mila Wawrzenczyk

To jest mydło jakie zrobiłam, trzeba było się pozbyć wielu zalegających na dnie butelek tłuszczów a mydło jest najlepszym utylizatorem świata kosmetyków. Nawet jeżeli tłuszcze już są nieco podejrzane ze względu na swój zbyt długi żywot. Tak naprawdę zrobicie co chcecie korzystając z własnych zasobów i kalkulatora. A jak zrobić mydło przypomnę tutaj.

Do zrobienia tego mydła użyłam oczywiście ziół, które miałam pod ręką, w każdej możliwej postaci jaką możemy dodać do kosmetyków.

Ziołowy odwar i napar w jednym. Fot. Mila Wawrzenczyk

Ziół, czyli czego konkretnie?!

Odwar i napar. Dwa w jednym, tak, da się to zrobić. Zioła wymagające dłuższego gotowania wzbogaciłam dodatkiem ziół, z których robimy napar czyli herbatę po prostu, Dorzucając je do garnka już zdjętego z ognia.

  • skrzyp – odwar, ponieważ to był skrzyp czerwcowy, niewysycony jeszcze krzemionką, gotowałam tylko 10 minut, to mniej więcej 1/3 czasu gotowania skrzypu z końca lata, oczywiście jeżeli chcemy wyciągnąć związków krzemu ile tylko się da. Ja ich nie lubię w mydle, bo potem czuję długo na skórze i włosach to charakterystyczne skrzypienie. Jakimś cudem pozostają, mimo kosmetyku spłukiwanego. To żart, po prostu nie ma innej możliwości by nie zostały, skoro ług zmusza je w reakcji do zmiany struktury i właśnie umożliwia pozostanie na skórze. Czy to ma sens? Lepiej skrzyp gotować i pić, ze skóry nie jest w stanie wniknąć aby tworzyć budulec wzmacniający włosy i skórę. Związki krzemu po czasie wychodzą jako osad na mydle. Lecz skrzyp to nie tylko krzemionka. Flawonoidy, nie ma sensu, trzeba je pić i używać w kosmetykach pozostających na skórze. Polisacharydy i alkohole cukrowe, super podniesienie piany, pielęgnacja, bo cukry nawilżają, najlepiej te po hydrolizie w ługu. Kwasy organiczne, te wszystkie chelatory (ja lubię je tak nazywać, bo w mydle działają właśnie jak łapacze zasadowych jonów), które czynią mydło delikatniejszym.
  • przytulia – odwar, razem ze skrzypem, podobny skład chemiczny. Wiecie to te rośliny, które łapią się ubrań i rosną w górę pnąc po pomidorach czy fasoli. Przytulia zawiera jeszcze związki kumarynowe, które kocham za zapach jaki nadają mydłom.
  • podagrycznik – odwar, choć tu można było w napar iść. To jest tak niedoceniana roślina, a tak bogata w składzie, że aż wstyd. Oczywiście nie mówimy w przypadku mydła o podagrze – nie ten rodzaj specyfiku. Kumaryny, kwasy, polisacharydy (znów więcej piany), olejek eteryczny bogaty w te wszystkie pineny, tujony i myrceny, które nadają mydłom wyjątkowy zapach i wzbogacają.
  • mięta – napar, czyli po odstawieniu z ognia dorzuciłam rozdrobnione ziele mięty. Kto robił mydło z miętą czy olejkiem z niej, wie, że tu nic nie ginie. Jedna wielka świeżość i zapach. Mamy do czynienia z mentolem, to taki alkohol terpenowy, który jest w stanie przetrwać wszystko tylko nie światło połączone z wysoką temperaturą w długim czasie, jak większość związków.
  • szałwia – napar, ta sama sytuacja jak w przypadku mięty. Jedno z moich ukochanych ziół. Bogactwo – kumaryny, kwasy, polisacharydy, terpeny, tujon i cyneol, garbniki – to jest moc, która zostaje w mydle.

Wyciąg olejowy. Zrobiłam na wszystkich płynnych olejach i używając tych pięciu ziół, bo substancje dzielą się na te rozpuszczalne w tłuszczach i te rozpuszczalne w wodzie. To jest bardzo ważne, bo żeby nie zrobić kosmetyku w typie placebo musimy wiedzieć co w czym działa. Następny wpis będzie o wyciągach olejowych, nazywanych maceratami, właśnie je zlałam.

Olejki eteryczne. To skoncentrowane zioła przecież, ta część zapachowa ziół ale tylko na pierwszy rzut oka zapachowa. Dodałam 2%MT (masy tłuszczów), czyli 20g blendu Herbal. Nie trzeba więcej, to jest mega mocna mieszanka olejków eterycznych składająca się z rozmarynu, petitgrain, czerwonego tymianku, szałwii i nasion marchewki.

Zasady dodawania ziół:

  • wszystko co idzie w ług – odwar – napar – mrozimy, całość wody na ług niech będzie ziołem
  • zamiast wody na ług dodajemy odwaru lub naparu
  • mydła ziołowe nie potrzebują przysłowiowej łyżki soli i cukru, one już to mają w sobie, zdziwicie się jak dużą pianę może dać prawoślaz, siemię lniane czy nawłoć zamiast wody na ług
  • wyciągi olejowe niech stanowią dużą, możliwie największą część tłuszczową a nie 5% SF (super fat poza kalkulatorem)
  • mydła potasowe radzą sobie z zielskiem zblendowanym w olejach przed dodaniem ługu, po prostu ziele się rozejdzie bez pozostawienia fragmentów, można w ten sposób utylizować resztki po maceratach, glicerytach, pamiętając jednak, że dodajemy już surowiec wyekstrahowany a nie pełnowartościowy, co odbije się na własnościach mydła
  • mydło ziołowe róbmy wysycone do granic, ług, tłuszcze, olejki eteryczne, tak jak każdy kosmetyk, mydło lawendowe z dodatkiem 1% kompozycji zapachowej to nie jest jednak mydło lawendowe, prawda?
  • nie skupiajcie się zbytnio na odmianie zielska, żmijowiec to żmijowiec a mięta to mięta i zawsze będą miały bardzo podobne właściwości, nie mówimy tu o stosowaniu wewnętrznym (ja nigdy nie piszę o takim), bo jednak skrzyp skrzypowi nierówny
  • wykorzystujcie kolor ziół do barwienia mydła, nie liczcie na kolor różowej glinki używając maceratu z szałwii, podbijajcie kolor oleju ryżowego czy rokitnikowego odwarem z nagietka, pamiętajcie, że chlorofile (zieleń) i karoteny (pomarańczowy) nie lubią dodatku kwasów
Rzeźba nie napiszę w czym. Fot. Mila Wawrzenczyk

Czego potrzebujemy z ziół do mydła.

Polisacharydów, czyli cukrów. Należą do nich też śluzy, skrobia, dzięki hydrolizie mamy rozkład dużych nieprzyswajalnych cząsteczek na małe, dające pianę i pielęgnację. Korzeń i liść prawoślazu, kwiat malwy czarnej, siemię lniane, nasiona kozieradki, korzeń żywokostu, kwiat dziewanny, liść podbiału, babka płesznik, szarańczyn strąkowy (ten od karobu), pigwa, mąki i skrobie, kwas hialuronowy. Możemy jeszcze dodać ze względu na podobne właściwości, alkohole cukrowe mannitol, sorbitol.

Karotenoidów, barwników pomarańczowych. Dla koloru, bo mydło nie poprawi nam kolorytu skóry dzięki dodatkowi oleju rokitnikowego, tak jak miałoby to miejsce podczas użycia serum na noc, z jego dodatkiem. Wszystkie żółte do czerwonych warzyw, jarzębina, nagietek, wrotycz, mniszek, podbiał, nawłoć. Te wszystkie żółte kwiaty to jednak co innego niż delikatne różowe płatki antocyjanowe, nie mające sensu właściwie żadnego w dodawaniu do mydła.

Kwasów organicznych. Wszystkie tworzą z wodorotlenkiem sól. Owoce zioła, humusy z borowiny, kwas galusowy, który tworzy taniny (garbniki). Podnoszą pielęgnację, wyłapując zagubione jony wodorotlenku. Konserwują. Każdy kwas ma takie działanie w mydle. Nie działa natomiast rozjaśniająco, bo w mydle staje się innym związkiem.

Związków zapachowych i tu mamy już wspomniane kumaryny, wszystkie olejki eteryczne, estry. Trzeba pamiętać, że zioło dodane do mydła niekoniecznie będzie pachnieć jak na łące. Właśnie ze względu na reakcje zachodzące dzięki wodorotlenkowi, który w dużym skrócie wyciąga z rośliny to czego nie czuje w niej nos. Jest zależność między antocyjanowymi roślinami a mydłem. Róża pachnie w kremie, w mydle zamienia się w kupę pod każdym względem. A już taki kwiat mniszka, dodany w odpowiedniej ilości, do każdej fazy mydła, da nam zapach miodowy.

Saponiny to glikozydy, które łaskawie przyjmują do cząsteczki jon wodorotlenkowy, tworząc sól o własnościach podobnych. Choć to uproszczenie duże, bo saponiny są różne. Pisałam o nich przy okazji maceratów. Same z siebie są związkami powierzchniowo czynnymi i dodają dużo bąbli do mydła. Najwięcej znajdziecie w kłączach i korzeniach jesienią

Związki krzemu. Krzemionka z odwaru reaguje z wodorotlenkiem tworząc meta lub ortokrzemiany także aktywne biologicznie. Czy warto, musicie spróbować sami. Skrzyp polny, pokrzywa, miodunka, poziewnik, rdest ptasi, ogórecznik, perz, żmijowiec.

Frakcja niezmydlalna. Tu się nie dzieje właściwie nic, nie ma hydrolizy, nie ma reakcji przemiany. Jak wkładamy tak wyciągamy. Głównie woski i żywice, nie, nie tylko ten pszczeli czy żywica sosnowa. Każda roślina je zawiera. Mają podobną budowę i właściwości, jak wymienione wyżej. Służą roślinie do ochrony tkanek, dlatego i naszej skórze pomagając ograniczyć parowanie wody, pozostawiając warstwę okluzyjną.

To wszystko powyżej, możnaby rozbić na setki konkretnych przykładów, tyle, że nie wiem kto by zniósł taki ogrom. Skąd brać informacje, co w czym się rozpuszcza i gdzie te substancje znaleźć. Ani trochę nie musicie się znać na chemii, biochemii czy zielarstwie. Macie od tego dr Różańskiego, jeżeli pisze o naparach i odwarach, znaczy, że trzeba takowy zrobić. Jeżeli pisze o rozcieraniu ziela z olejem czy robieniu wyciągu olejowego to taki robicie. A tak naprawdę dobre będzie jedno i drugie, bo roślina to substancje rozpuszczalne zarówno w wodzie jak i tłuszczach. Voila! Róbmy mydła ziołowe, bo warto ze względu na hydrolizę, syntezę i frakcję niezmydlalną!

Źródło:

Zielarstwo i metody fitoterapii dr H. Różański

Podagrycznik pospolity (Aegopodium podagraria L.) prof. dr hab. Irena Matławska

Emulsje i emulgatory.

Opublikowano 4 komentarze

Miało być o HLB, więc nie będzie o HLB. Równowaga hydrofilowo-lipofilowa a po ludzku jak utrzymać emulsję w stabilności, bez rozwartstwiania. Obliczanie tego współczynnika powstało głównie dla PEGów i dotyczy właściwie tylko niejonowych środków powierzchniowo czynnych. Emulgatory to też środki powierzchniowo czynne, bo przecież inaczej nie byłyby w stanie połączyć dwóch naturalnie odpychających się substancji – wody i oleju. Oczywiście wiele dostępnych emulgatorów jest niejonowa, więc jeżeli macie taką potrzebę zapraszam do liczenia Szmaragdowe Żuki tłumaczą co i jak w tym względzie.

A ja policzyłam dwa razy w życiu i dwa razy wyszło mi wszystko tylko nie emulsja, taka chciałam być profesjonalna i bez zarzutu. To tak jak z majonezem, możesz zachować wszystkie proporcje podane w przepisie a i tak nic z tego nie wyjdzie, bo nie znasz elementarnych zasad robienia majonezu. No chyba, że masz szczęście nowicjusza albo inne szczęście. Dlatego ja nigdy nie podaję suchej receptury, to nie ma sensu, nie uczy niczego, poza odtwórczym działaniem. Kwestia chęci zapoznania się z podstawami to już inna bajka 😉

Zakres pH emulgatory mają swój zakres pH, w jakim są w stanie podołać emulsji. Niektóre mają wąski pH4-8 jak plantasens czy GSC inne szeroki pH3-12 jak xyliance czy stearynian sacharozy. Jeśli spojrzycie na te zakresy to pomyślicie ale to nadal są zakresy w jakich mieści się pH kremów, balsamów i dezodorantów. Oczywiście! Nie byłoby się czym przejmować gdyby nie fakt, że nawet taki sprytny emulgator dodany do nieuregulowanego pH (jeszcze podczas fazy wodnej, tłuszczom ani emulsji nie można już zmierzyć poziomu pH) może na nas fuknąć rozwarstwiając krem, czasem od razu, czasem po kilku dniach. Regulujcie pH do 5,5-6 na poziomie fazy wodnej, potem to już loteria.

Moc emulgatora czyli ilość fazy olejowej jaką jest w stanie uciągnąć. To jest właśnie to HLB mityczne, które właściwie ma marginalne znaczenie w przypadku dzisiejszych emulgatorów ale jakiś tam obraz daje, więc warto wiedzieć o nim. Dlatego coraz częściej spotyka się emulgatory bez tego oznaczenia. Emulgatory oznaczone HLB 3-7 nadają się do tworzenia emulsji W/O czyli więcej niż 50% tłuszczów w całej formulacji. Do tej grupy możemy zaliczyć wszystkie woski, prawdziwe woski roślinne (nie utwardzane oleje nazywane woskami) i pszczeli. Te z HLB 8-13 to emulgatory dla tzw. lekkich kremów lub mleczek. Powyżej HLB 14 zaczynają się tzw. solubilizatory, coś co rozpuszcza w wodzie substancje z natury w niej nierozpuszczalne np. olivem300 i polisorbaty, więc tu już trudno mówić o emulgowaniu, z tym radzą sobie średnio i nie lubią oleju w ilości powyżej 10% formulacji, bo i tak się po czasie rozwarstwią. Te granice są płynne, ponieważ jak zwykle zależą od całej receptury.

Temperatura istnieją emulgatory na zimno i na ciepło. Te drugie należy roztopić, by stworzyć emulsję. Wiadomo o co chodzi. Tutaj trzeba zwrócić uwagę na jedną rzecz. To, że emulgator ma oznaczoną temperaturę topienia na 70°C, nie znaczy, że wymaga lania w takiej temperaturze do reszty składników. Nie, dlatego, że temperatura ponownego zestalania jest zwykle o około 10°C niższa niż topienia. Naprawdę po 10 sekundach od roztopienia olivemu1000 nie otrzymacie na powrót postaci twardych płatków, więc się uspokójcie i działajcie w skupieniu. A już taki xyliance bez problemu topi się pod wpływem dopiero co przefiltrowanego, gorącego naparu. Nieroztopiony lub przegrzany emulgator również może zdestabilizować emulsję. W pierwszym przypadku można ratować się ponownym roztopieniem kremu, w drugim dodaniem płynnego koemulgatora.

Temperatura a składniki wrażliwe. Skoro jesteśmy przy temperaturze. Składniki tzw. wrażliwe na nią nie znikną w przestrzeni kosmicznej po kilkudziesięciu sekundach podgrzania. Oczywiście, że nie topimy ich razem z emulgatorem, który wymaga 60-80°C. Dzielenie formulacji na trzy fazy i dodawanie trzeciej (która stanowi sporą część receptury), tej wrażliwej często z lodówki, bo przecież ma oznaczenie przechowywać poniżej 15°C doprowadza zwykle do zestalenia emulgatora i mamy nici z emulsji i tak czy śmak musimy znów wszystko razem roztopić. Użyjcie doświadczeń życiowych, czy naprawdę uważacie, że gotowany godzinę sos paprykowy do weków na zimę jest pozbawiony wszystkiego co wartościowe? Po co w takim razie to robimy, bo idąc tym tokiem myślenia nie powinniśmy niczego przetwarzać. Żeby substancja się rozłożyła do nieaktywnej formy musi zadziałać czas-temperatura-światło. Podgrzewanie surowego oleju lnianego czy żelu aloesowego w temperaturze 80°C przez pół godziny pozbawia go większości tego co nam daje. Dodanie ich na sekundy przed rozpoczęciem łączenia faz w zimnej kąpieli, nie ma żadnego znaczenia. Staramy się zbliżyć te temperatury do siebie, jeśli wlejecie zimny hydrolat do ciepłej części tłuszczowej naprawdę potrzebujecie dużo szczęścia by stworzyć emulsję zamiast brei z pływającymi fragmentami zastygłego emulgatora, wosku czy masła. Zwykle wystarczy temperatura pokojowa tej fazy wodnej ale jeśli używacie np. naparu z rumianku to śmiało łączcie gdy będzie ciepły/gorący.

Koemulgatory. To są zwykle takie substancje, które samodzielnie nie stworzą emulsji ale wspomagają w trudnych przypadkach. Poprawiają stabilność jeżeli używamy emulgatora, który woli 30% oleju a chcemy koniecznie zrobić krem z 50% fazą olejową – świetnie sprawdzą się woski. Smarowność, jeśli mamy tylko emulgator tzw. cukrowy bez tej części tłuszczowej czyli oleate, stearate, która właśnie umożliwia łatwe rozprowadzanie kremu po skórze. W takim wypadku używamy znanych alkoholi tłuszczowych – cetearylowy czy cetylowy. Pomagają zemulgować alkohol np. jeśli substancja czynna jest w postaci nalewki – pomoże lanolina. Na użycie koemulgatora należy się też przygotować kiedy dodajemy np. minerały – krzemionka, tlenek cynku, boraks. Chcemy uzyskać krem lżejszy ale jednak z emulgatorem ciężkim typu olivem1000, zmniejszamy jego ilość na rzecz lekkiego stearynianu sacharozy. Żeby uzyskać stabilne ale jednak mleczko łączymy imwitor375 z xyliance. Bardzo lubię podwójne emulgatory w jednej recepturze- to już jest krok do emulsji idealnej.

Ilość. Ta informacja należy do producenta, więc sprawdzajcie na stronach sklepów. Zwykle są to widełki procentowe. Dlaczego nie konkret? Producent nie wie jak wygląda Twoja receptura, więc podaje zakres. Mało tego jeśli go przekroczysz świat się nie zawali. Dolna granica należy przeważnie do mleczek, czyli bardziej pompka niż słoik. Dolna granica może też wymagać koemulgatora lub drugiego emulgatora spełniającego tę funkcję – lepszej stabilizacji. Górną granicę określa się często mianem dającej treściwą grubą emulsję. To prawda, im więcej emulgatora tym mniejsze ryzyko niepowodzenia. Tylko znów więcej emulgatora to wyższy koszt, potencjalne bielenie na skórze czy zatykanie porów i efekt maski na twarzy. To nie działa na zasadzie, że tylko duża ilość zrobi konsystencję kremu. Ważne są też inne składniki. Masło czy olej, żel aloesowy czy woda, dodatki mineralne itp. Jeśli mam nowy emulgator, zawsze dodaję go w ilości ze środka widełek. Czasem wychodzi dobrze, czasem potrzeba podbić koemulgatorem (ten warto też mieć pod ręką w postaci płynnej).

Technika mieszania. Zwykle używam po prostu blendera, z umiarem ale jednak. Tylko tu trzeba znów mieć trochę wprawy, bo są emulgatory, które nie lubią ubijania, pisałam o tym ostatnio przy okazji kremu chłodzącego. Emulgatory z częścią glikozydową/glukozydową mają tendencje do ubijania się, więc ostrożnie jeśli używacie blendera czy mieszadła do spieniania mleka. W języku INCI zwracajcie uwagę na Glucoside i Glycoside. Jak w takim razie połączyć w emulsję z takim emulgatorem? Bagietka, szejkowanie słoikiem (polecam bardzo), widelec jest lepszy niż łyżka, trzepaczka, mikser ręczny na niskich obrotach (jeśli ktoś jeszcze miewa taki sprzęt) lub trzy bzyki blenderem. Odporne na blendowanie są plantasens i olivem1000, mniej odporne to stearynian sacharozy, xyliance i GSC. I tu jak zwykle wszystko zależy od reszty składników, bo dodając do xyliance naparu z kwiatów malwy dodajemy cukrów (polisacharydów) a cukier ładnie ubija pianę z białek, prawda? Często mamy problem z napowietrzeniem kremów, to zwykle zasługa końcówki blendera bez otworów i kształtu ostrzy – powinny być jak najmniej fikuśne, najlepsze są proste i właśnie zbyt długiego blendowania. Blendowanie powinno zakończyć się na połączeniu faz w jednorodną emulsję a nie w gęsty krem – to przyjdzie gdy wszystko ostygnie. Napowietrzenie pokazuje się też po czasie, jeśli nie jest spowodowane ubiciem przez niesforne składniki a tylko narzędziem, łatwo możemy pozbyć się powietrza mieszając szpatułką czy drugim końcem łyżeczki – czystej, wyparzonej!

Kiedy nie jest potrzebny typowy emulgator. Masła z niewielką ilością wody. Mniej więcej do 30% fazy wodnej jest w stanie przyjąć duża część masła shea w połączeniu z surowym olejem słonecznikowym w formulacji, bo ten ostatni zawiera lecytynę a shea część niezmydlalną m.in. woski, czyli koemulgatory. Szukajcie koemulgatorów w składnikach. W takich przypadkach blender jest konieczny. Robi się takie masła trochę na zasadzie maseł ubijanych do ciała –> Kwiatowe masło do ciała.

Jeszcze wspomnę o wlewaniu wody do oleju czy na odwrót, według nazwy O/W i W/O. Mit jest to jeden wielki. Róbcie jak Wam wygodnie. Ja zawsze wlewam część wodną do części z emulgatorem, bo w ten sposób nic z tego zastygającego szybciej emulgatora czy koemulgatora nie zostanie na ściankach naczynia, przecież potrzebuję go całego w moim kremie. Najprostsze emulsje to te #wciepywane, wszystko odważamy do jednego naczynia i podgrzewamy mieszając lecz tutaj już potrzeba większości składników niewrażliwych na temperaturę.

Oczywiście mantra – konsystencja wszystkich kosmetyków ustala się po czasie. Nie szalejcie od razu, że krem wyszedł za rzadki, to się ogarnie na drugi dzień, jeżeli receptura była prawidłowa.

Maceraty wodne na później.

Opublikowano 16 komentarzy

Rozpuszczalnikiem substancji aktywnych są woda i tłuszcze. Koniec.

Najwięcej rozpuszcza się w wodzie i ona pójdzie na pierwszy ogień, bo boicie się jej bardzo, słusznie zresztą – woda to życie, również to niepożądane. W zależności co wprowadzimy jako roztwór łatwiej wyciągniemy pożądane substancje z zielska. Postaram się napisać o ekstrakcji po polsku i zrozumiale upraszczając, przymykając oko na bardziej skomplikowane procesy.

Co rozpuszcza się w wodzie:

  • kwasy organiczne – to te wszystkie wspaniałe substancje, które zapobiegają przebarwieniom, rozjaśniają skórę, konserwują, obniżają pH, wyłapują jony wodorotlenkowe (trochę jak chelatory), to nie tylko znane cytrynowy, mlekowy i octowy a mnogość kwasów w roślinach nawet nie pozwoli by je wymienić. Kwasy organiczne są obecne w każdej roślinie, w jednych mniej w innych więcej. Ja je kocham bardzo za wszechstronność i często Wam o nich wspominam.
  • flawonoidy (należą do grupy polifenoli w dużym uproszczeniu) – to substancje młodości, wspomagające blokadę procesów oksydacyjnych. Przykładowo rutyna wspomagająca naczynia krwionośne (gryka, fiołek, ruta, dziurawiec, bez, podbiał), hesperydyna obecna w cytrusach a biorąca udział razem z witaminą C w podtrzymaniu ilości kolagenu, przeciwzapalny i nieprzyjazny dla pleśni kemferol (liście herbaty, kwiaty tarniny). Rozpuszczanie wzrasta po dodaniu niewielkiej ilości alkoholu. W tej grupie mamy też ważne antocyjany, nadają zabarwienie od różu do fioletu w odcieniach, głównie kwiatom i owocom, lubią się z kwasami, bo te utrwalają ich kolor a w środowisku zasadowym ulegają rozkładowi. Ta grupa związków działa najlepiej podawana wewnętrznie w połączeniu z kosmetykami pozostającymi na skórze.
  • antrazwiązki – glikozydy z grupą cukrową, wewnętrznie działają przeczyszczająco ale nie to nas interesuje. Wspomagają skórę w stanach zapalnych, gojeniu, antyseptyce, nawilżają i regenerują. Znajdziecie je w rzewieniu (rabarbarze), rdestowcu, i mniej w aloesie, kruszynie. Te nijakie kolorystycznie substancje zamieniają się w odcienie różu i bordo po zetknięciu z wodorotlenkami, czyli lubią środowisko zasadowe.
  • saponiny – mamy tu dwie grupy steroidy – SS (saponiny steroidowe) i trójterpeny – ST (saponiny trójterpenowe), obie wspomagają pienistość, obniżają napięcie powierzchniowe, wspomagają wnikanie innych związków, są antyseptyczne i często przeciwobrzękowe. Saponiny steroidowe dodatkowo pomagają w leczeniu poważniejszych zaburzeń skórnych np. łuszczycy i azs. Wiecie gdzie ich szukać, przede wszystkim w korzeniach i owocach, mydlnicy, mniszka, gwiazdnicy SS, kasztanowca SS, orzechach piorących, katalpie SS, psianki słodkogórz SS, komosy, kaszy jaglanej. Saponiny lubią się z niskostężonym alkoholem.
  • kumaryny – znów grupa glikozydów, te pozostające w mydle i pachnące są obecne w nostrzyku i trawie żubrowej. To zadziwiająca grupa bo zawiera furanokumaryny – fotouczulające np. w olejku eterycznym bergamotowym ale już eskulina z kasztanowca czy umbeliferon i herniaryna z rumianku – promieniochronne UV. Kumaryny też rozpuszczają się lepiej w niskostężonym alkoholu.
  • garbniki – nas interesują te organiczne, roślinne (pochodne fenoli, to takie niby alkohole nie do picia). Roślinne nazywamy taninami. Jak sama nazwa wskazuje wykorzystujemy je do garbowania a ten proces to nic innego niż dezaktywacja białka, stąd rolę garbników możemy uznać za konserwującą. Zewnętrznie działają też ściągająco i antyseptycznie. Znajdziemy je w korze dębu, liściach orzecha włoskiego, jeżyny, maliny, poziomki, oczarze, herbacie. Garbniki są dobrze rozpuszczalne w wodzie a jeszcze lepiej w alkoholu o średnim stężeniu
  • węglowodany – tutaj zaliczamy wszystkie cukry. Polisacharadydy (powyżej 10 cukrów prostych) np. śluzy z lnu, prawoślazu, żywokostu, kozieradki, inulina z cykorii, łopianu, mniszka, słonecznika bulwiastego, skrobia z ziemniaków i kukurydzy. Najwięcej zawierają ich bulwy, korzenie i kłącza. Następnie oligosacharydy (2-10 cukrów prostych), najbardziej znany to sacharoza, zwykły cukier i ważna jest dla nas laktoza – dwucukier mlekowy, mleko w proszku zawiera go około 50%. Bogactwem oligosacharydów są nasiona roślin strączkowych. W końcu monosacharydy (pojedyncze cukry proste). Znajdziemy je w owocach i miodzie – glukoza, fruktoza a galaktozę w nasionach lnu i agarze. Każdy twórca kosmetyków wie jaka jest rola węglowodanów – nawilżanie i pianotwórczość. Cukry nie potrzebują niczego więcej oprócz wody. Choć jedne pęcznieją w gorącej wodzie jak skrobia a inne bez problemu przechodzą w temperaturze pokojowej, jak korzeń prawoślazu.

To są podstawy. Pominęłam kilka grup związków, trochę celowo jak alkaloidy, które wymagają wiedzy na wyższym poziomie niż początek przygody z bioaktywnymi substancjami. A trochę by nie było za dużo na raz, bo węglowodany i garbniki dzielą się na hydrolizujące i nie, a saponiny kwaśne wolą środowisko zasadowe i tego byłoby za dużo. Też dlatego, że istnieją rzeczy oczywiste jak rozpuszczalność kofeiny (grupa metyloksantyn), w gorącej a nie zimnej wodzie, każdy o tym wie, jedynie musi sobie uświadomić!

Czego nie doczytacie powyżej znajdziecie na blogu Magdy Prószyńskiej – link w źródłach, pod wpisem. Jeszcze trzy, które należy używać za pomocą wyszukiwarki na stronach. Medycyna dawna i współczesna dr Henryk Różański. Trzeba wpisywać nazwę rośliny, a więc kasztanowiec zamiast kaszczany, otrzymacie kilka wyników z wpisami mówiącymi o zawartości substancji aktywnych, prostymi preparatami i działaniem wewnętrznym oraz zewnętrznym. Ziołowa Wyspa Małgorzata Kaczmarczyk. Wyszukiwarka pomoże znaleźć konkretną roślinę z opisanym działaniem i gotowymi recepturami. Niezłe Ziółko Krystyna Judka. Ogrom informacji o medycynie naturalnej stosowanej wewnętrznie i zewnętrznie, do ogarnięcia dzięki wyszukiwarce.

A teraz przykład mój, na macerat wodny, który wykorzystam później.

Kwiaty fiołka, forsycji, strokrotki i pąki kwiatowe tarniny, jeszcze zlanie znad osadu. Fot. Mila Wawrzenczyk

Wykorzystałam, co było pod ręką. Wiosenne kwiaty to eksplozja młodości. Wyjdzie z tego cudowny ekstrakt do wykorzystania w kremach, bez potrzeby stosowania gotowych preparatów z dziesiątek buteleczek, które drenują kieszeń.

Wsad powinien stanowić 10-15% płynu macerującego. Płyn do zalania, który składa się z 30% gliceryny (glicerolu), 5% spirytusu, 1% kwasu mlekowego (tego 80%) a woda q.s. To skrót, z którym często możecie się spotkać, oznacza ile trzeba ale w praktyce dopełniamy po prostu do 100%.

Receptura:

50g kwiatów i pąków – wsad stanowi zwykle 10% zalewy

320g wody – q.s – czyli najpierw składowe zalewy a potem dopełniamy wodą do 100%

150g gliceryny – 30%

25g spirytusu – 5%

5g kwasu mlekowego 80% – 1%

Zalać i zostawić w ciemnym miejscu na 10-14 dni, odcedzić dokładnie, a potem jeszcze zlać z nad osadu. przechowywać do pół roku z daleka od światła.

Prawie połowa wsadu to kwiatostany forsycji a więc rutyna (bo o naczynka trzeba dbać niezależnie od rodzaju skóry), która jako flawonoid lubi niskie stężenie alkoholu. Bez jego dodatku też się rozpuści w wodzie ale będzie rutyny mniej w naszym maceracie. Z większym dodatkiem alkoholu np. 10%, będzie jej więcej, jednak tu znów pamiętałam o zastosowaniu do kremów na twarz i uznałam, że te 5% to optimum. Dalej mamy fiołek wonny, jak kolor wskazuje zawiera antocyjany, zachowujące kolor w środowisku kwaśnym. Stąd kwas mlekowy i to dzięki niemu kolor z pomarańczowo różowego przeszedł w piękny czysty róż. Można dodać więcej kwasu ale znów w kremie trzeba będzie neutralizować niskie pH. Tym bardziej, że wszystkie rośliny zawierają kwasy organiczne i one w naszym maceracie już są. Pąki, lekko rozwarte tarniny, obok kemferolu chodzi o tkankę merystymatyczną a to zagadnienie gemmoterapii, zostawiłam Wam link w źródłach. Stokrotka zawiera między innymi garbniki. A wiecie czego tutaj nie ma? Forsycja zawiera karoteny, wskazuje na to jej żółte zabarwienie, tyle że one rozpuszczają się w tłuszczach, dlatego zostaną w jej płatkach zamiast przejść do naszego maceratu. To są tylko najważniejsze substancje. Zawsze skupiam się na synergii i najważniejszej substancji, tak jest najłatwiej.

Zasady robienia maceratów wodnych na później:

  • używamy ziela świeżego, rozdrobnionego (delikatne kwiatki w całości)
  • ja używam tylko płatków bez szypułki i dna kwiatowego – jeśli robię macerat kwiatowy i samych liści bez łodyg, jeśli surowcem jest liść
  • zachowujemy higienę, począwszy od zbioru (surowiec nie może być zanieczyszczony, czy uszkodzony), poprzez mycie, wyparzanie i dezynfekowanie (alkoholem ok. 60-80%, przyjmujemy najskuteczniejszą średnią 70% ) narzędzi i pojemników, przygotowujemy w rękawicach
  • używamy wody destylowanej a najlepiej demineralizowanej
  • przechowujemy w zaciemnionym miejscu np. szafka
  • wstrząsamy co najmniej raz dziennie, wystające części roślin mają tendencję do pleśnienia
  • zlewamy dokładnie pozbywając się wszelkich fragmentów rośliny, zlewamy znad osadu (nie cierpię filtrowania – kocham sedymentację) aż macerat będzie klarowny, to przedłuży trwałość – tak powinno się postępować z każdym maceratem
  • umownie alkohol o niskim stężeniu to taki do 20%, średnim do 50%, powyżej to już wysokie stężenie, można używać różnych, też izopropylowego, jest konserwantem, alkohol stężony minimum 18% w całym maceracie dezaktywuje enzymy, ja często robię maceraty na 20% alkoholu np. z liści ginko biloba, gałązek z pąkami wierzby, bo to już jest układ samokonserwujący ale jeśli chcecie zachować enzymy (mają korzystne działanie na skórę) to nie przekraczajcie stężenia 18% albo nawet 15%
  • kwasy nadają się każde – mlekowy, migdałowy, askorbinowy (wit. C), octowy – są wspomagaczami ekstrakcji i przy okazji konserwantami
  • gliceryna jest alkoholem (cukrowym ale zawsze) a co za tym idzie ekstrahentem (słabszym ze względu na lepkość) i konserwantem, do około 15% w formulacji gotowego kosmetyku nawilża (to zależy od rodzaju skóry i produktu kosmetycznego), powyżej ma działanie odwrotne, zamiast niej można używać roztworów cukru, ksylitolu
  • w maceratach bez alkoholu nie schodźcie poniżej 15% gliceryny i 1% kwasu, bo to zmniejszy trwałość do góra dwóch miesięcy
  • jest jeszcze jeden wspomagacz ekstrakcji, to sól, może być zwykła kuchenna ale prawdziwa (nie ta miałka jodowana) albo solanka Ringera, a może używacie solanek leczniczych i macie je pod ręką, tutaj ilość soli w płynie macerującym waha się między 0,9% a 3%, sól w takiej ilości jest zbawienna dla skóry
  • nie bójcie się łączyć różnych składników ekstrahujących
  • im więcej wody (automatycznie mniej kwasu, alkoholu, gliceryny) tym krótsza trwałość maceratu
  • dodatek alkoholu (ze względu na lepszą ekstrakcję) potrzebuje więcej czasu na macerację, bo i to co chcemy wyciągnąć tego potrzebuje
  • planujcie wykorzystanie i na tej podstawie ustalajcie proporcje kwasów, alkoholu (jeżeli będzie potrzebny) i gliceryny, ja sobie tak obliczam (w przybliżeniu) żeby potem móc zastosować większą część fazy wodnej w kremie czy innym mazidle, lepiej do maceratu użyć mniejsze stężenie, bo potem można je łatwo podnieść (np. do toniku zakwasić dodatkowo) niż od razu zatężyć zbyt wysoko i rozcieńczać do kosmetyku zmniejszając tym samym ilość substancji aktywnych w gotowym produkcie
  • zmiana koloru maceratu świadczy o początku rozkładu (hydrolizy) związków, zapach powinien pozostać do końca
  • zaletą takich maceratów jest szersze spektrum zastosowania niż w przypadku np. 50-100% glicerytów (gliceryty od 50% stanowią już mieszaninę samokonserwującą), bo glicerytu użyjemy w gotowym kosmetyku nawet dziesięciokrotnie mniej niż wodnego maceratu
  • wadą może być krótsza trwałość, dlatego nie róbcie tego na hektolitry
  • tego typu maceraty można stosować do każdego rodzaju kosmetyków, również wewnętrznie (uwaga na działanie i dawkowanie, nie róbcie tego na własną rękę słuchajcie fitoterapeutów)
  • trzeba się zdecydować na jedną jednostkę miary, chodzi o proporcje (dlatego ja wciąż katuję Was tymi procentami), bez proporcji wszyscy umrzemy

Przykładowa aplikacja do rozpoznawania roślin – nie znasz nie zrywaj!

Aha, edit gdyż zapomniałam. Maceratio to dosłownie namoczenie, a więc słowo macerat powinno być używane tylko do wyciągów wodnych (macerat wodny to masło maślane). Macerat olejowy nie mieści się w prawidłowej nomenklaturze. Wyciąg (ewentualnie ekstrakt) – można stosować zawsze i do wszystkiego – wyciąg olejowy, wyciąg płynny, wyciąg suchy. To najwygodniejsze jeśli ktoś ma problemy z odróżnieniem tinktury od syropu.

Źródło:

Kosmetyczne i lecznicze zastosowanie roślin ozdobnych Andżelika Radosz, Sylwia Klasik-Ciszewska, Katarzyna Duda-Grychtoł

Ekstrakty o pewnym działaniu Magda Prószyńska

Gemmoterapia Henryk Różański

Mydło rzepakowe. 100% olejów w mydle.

Opublikowano 8 komentarzy

Pojawił się taki problem do rozwiązania na grupie. Czy można zrobić mydło na polskich olejach? Mydło w kostce. Mydło potasowe i to najprawdziwsze czarne już znacie. Najprościej, smalec wieprzowy i olej rzepakowy w różnych proporcjach. To już było, nazywa się mydłem paleo. Gorzej jeśli ktoś nie używa tłuszczów zwierzęcych. Jednak mydło oliwkowe istnieje, jest wciąż i wciąż powatarzane przez mydlarzy w naszym kraju. Dlaczego nie mielibyśmy robić mydła na oleju pozyskiwanym z roślin rodzimych. Rzepak jest w naszej florze neofitem ale jego zadomowienie datuje się umownie na czasy Kolumba, więc uznajmy olej rzepakowy za nasz rodzimy.

Jakie sztuczki są potrzebne do zrobienia mydła w kostce ze 100% olejów, czyli tłuszczów płynnych.

Redukcja wody, do 20-22%. Tutaj uwaga i ukłon w stronę kwasów tłuszczowych, czyli substancji nadających własności tłuszczom a co za tym idzie mających wpływ na mydło. Olej ryżowy zawiera około 20% kwasu palmitynowego (to ten wpływający na utwardzenie mydła, najwięcej zawiera go olej z miąższu palmy). Dlatego mydło ryżowe 100% można spokojnie zrobić nawet powyżej 22% wody, czy też innego płynu.

Utwardzenie, kwas mlekowy, kwas octowy, sól. Trzeba pilnować krojenia, bo będziemy mieć do czynienia z szybko twardniejącym blokiem mydła. Wosk pszczeli roślinny i utwardzone oleje roślinne – sojowy, rzepakowy. Dodatek powyższych w ilości 5%MT (masy tłuszczów) to dobry trop. Można więc zrobić mydło na domowym occie, w całości zastępując wodę z kalkulatora.

Pienistość, olej rzepakowy, słonecznikowy, konopny nie zawierają ani trochę kwasów tłuszczowych (laurynowy, mirystynowy) mających wpływ na pianę w mydle. Z pomocą przyjdą nam zioła saponinowe (mydlnica, kasztany, orzechy piorące, nawłoć) i zioła śluzowe (prawoślaz, żywokost, siemię lniane, owies), żywice a łatwiej zwykły cukier, miód.

Żelowanie jest niezbędne w tym przypadku, inaczej taka kostka będzie się ciapać na mydelniczne dużo bardziej niż w przypadku receptur z dodatkiem oleju kokosowego czy masła shea.

Dojrzewanie, mydła na samych olejach nie powinno się używać szybciej niż po pół roku. Ze względu na braki twardości i pienistości, musi dojrzewać długo, dokładnie jak mydło 100% oliwa.

Konserwacja, ponieważ nasze oleje z wyjątkiem rzepakowego, są nietrwałe i też dlatego, że muszą długo leżakować, musimy zadbać o konserwację. Nie róbcie takich mydeł z tłuszczów rafinowanych, rafinacja zabiera całe bogactwo składników, które chronią tłuszcze i dbają o naszą skórę.

Przetłuszczenie, ze względu na trwałość użytych olejów i długie leżakowanie, należy ustawić SF na nie więcej niż 5%. Ja zrobiłam 3%, bo wiem, że w trakcie dojrzewania mydło i tak zrobi się delikatniejsze.

Receptura monomydło rzepakowe:

500g olej rzepakowy surowy (100%)

50g ocet nostrzykowy (macerat na occie spirytusowym)

50g napar z chmielu

67g NaOH (przetłuszczenie ok. 3%)

15g cukru (3%MT)

5g eterycznego olejku tymiankowego (1%MT)

Po lewej rzepakowe z woskiem, po prawej 100% rzepak. Fot. Mila Wawrzenczyk

Receptura na mydło rzepakowe z woskiem:

450g olej rzepakowy surowy (90%)

50g wosk pszczeli surowy lub inny roślinny (10%)

60g ocet nostrzykowy (macerat na occie spirytusowym)

60g odwar z korzenia arcydzięgla

64g NaOH (przetłuszczenie ok. 3%)

15g cukru (3%MT)

5g eterycznego olejku tymiankowego (1%MT)

Ocet połączyłam z odwarem, rozpuszczając w nich cukier i dopiero mrożąc. Uniknęłam oparów, spalenia zielska i skarmelizowania cukru podczas robienia ługu. Barwione węglem i młodym jęczmieniem, który z czasem straci na kolorze. Łączyłam w temperaturze pokojowej. Olej z woskiem dodatkowo przeblendowałam kilkakrotnie przed wlaniem ługu, to zapobiegnie zestaleniu się wosku. Gęstnienie masy przyspieszyłam olejkiem tymiankowym, bo masa na oleju rzepakowym byłaby płynna godzinami!

Nieco przeciągnęłam krojenie, bo zrobiłam późnym popołudniem a kroiłam rano. To za długo o kilka godzin, dlatego na brzegach już zaczęło się kruszyć. Wszystkie dodatki dobrane zgodnie z życzeniem, a więc po polsku. Teraz idzie leżeć w ciemny i przewiewny kąt 🙂

Białe mydło. Święta i nieświęta.

Opublikowano 5 komentarzy

Białe mydło to marzenie każdego mydlarza. Często niedoścignione. Problemem jest też często zmiana koloru dodanej miki albo innego barwnika. A przecież to jest bardzo proste i nie mam na myśli zabielania tlenkami cynku czy tytanu. Wystarczy odpowiednio dobrać tłuszcze i nieużywać surowców zmieniających kolor.

Jakie tłuszcze determinują biały kolor mydła:

Im niższe przetłuszczenie i większa redukcja wody, tym jaśniejsze mydło. Mydło metodą CP zawsze będzie jaśniejsze niż HP – na gorąco. Kwasy organiczne wybielają mydło w kostce. Każde mydło sodowe jaśnieje z upływem czasu.

Mydło białe z zatopionymi fragmentami starego mydła. Fot. Mila Wawrzeńczyk

Powyższa receptura to 55% olej rzepakowy najzwyklejszy, 25% oleju kokosowego, po 10% oleju winogronowego i wosku sojowego oraz 2% eterycznego jodła syberyjska. Woda 28%, mleczan sodu 3%MT. Zielona i brązowa część to po 10%MT zmielonego mydła ze ścinków. Zmielonego malakserem z ostrzami do siekania a nie startego na wiórki.

Wosk sojowy to utwardzony olej sojowy, rafinowany, pozbawiony wszystkiego co fajne w takim oleju. Ja zastępuję nim utwardzające mydło masła. Wtedy gdy nie chcę dodawać wosku pszczelego, bo z sojowym pracuje się o niebo łatwiej.

Mydło zabielane dwutlenkiem tytanu. Fot. Mila Wawrzenczyk

Powyższa receptura to po 30% kokos, oliwa, słonecznik, 10% migdałowy. 28% wody w tym 5% mleczanu sodu (50%), do tego po 0,5%MT dwutlenek tytanu (całość), mielony cynamon, glinka czerwona do barwienia oraz eo pomarańcza i eo imbir 2,5%MT

Teraz przyjrzyjcie się. Czym różnią się te dwa mydła wizualnie, jeśli chodzi o stopień bieli? Niczym, więc ten zabielacz był tutaj totalnie niepotrzebny!

Czego nie można używać, bo mydło nie będzie białe:

  • oleje zawierające karotenoidy – rokitnikowy, czerwona palma, ryżowy, marchwiowy i reszta pomarańczowych
  • masło shea i wszystkie ciemnobrązowe
  • wszystkie dodatki zawierające cukry
  • większość nierafinowanych tłuszczów
  • maceraty ziołowe
  • żółte woski
  • zioła w każdej postaci, napary, odwary – a hydrolaty są bezpieczne
  • produkty mleczne
  • wiele aromatów kosmetycznych (te potrafią zepsuć nie tylko kolor)
  • wszystkie aromaty i wyciągi naturalne zawierające wanilię (wanilinę) w składzie, jednak większość olejków eterycznych jest bezpieczna
  • żywice

Inne receptury, z których wyszło mi białe mydło: marsylskie inaczej i mydło w barwach ziemi.

Ostatni dzwonek na mydło świąteczne!

Sapo kalinus na zimno CP.

Opublikowano 14 komentarzy

O Sapo kalinus czyli mydle na oleju lnianym napisano już chyba wszystko. Ja oczywiście znalazłam jeszcze coś 😉 Coś co pokazuje różne aspekty mydła potasowego i nie tylko.

Wymyśliłam taką recepturę:

Receptura lniane nawłociowe. Fot. Mila Wawrzenczyk

Wzorowana jest na farmakopealnej recepturze Sapo kalinus, która mniej więcej wygląda tak:

Sapo kalinus. Fot Mila Wawrzenczyk

Zwróćcie uwagę na różnice i to czego każdy początkujący mydlarz tak się obawia – widełki Iodine oraz INS. Proszę zadajcie sobie pytanie czy naprawdę jest sens traktować te parametry poważnie? Czy farmakopealna receptura jest bzdurą, bo nie mieści się w widełkach współczesnego kalkulatora?

Wykonanie.

Wrzucamy i wlewamy wszystko naraz do garnka. Kwiatostanu nawłoci jest 43g czyli 10% MT. To jest najprostszy sposób na wykonanie mydła potasowego i co najważniejsze działa! Olej lniany w teperaturze pokojowej. Chwilę mieszamy łyżką aby wodorotlenek potasu dosięgnął wody, bo tylko tak się rozpuści i stworzy ług.

Początek. Fot. Mila Wawrzenczyk

Następnie blendujemy.

Blendujemy lniane. Fot. Mila Wawrzenczyk

Jeśli macie świeże kwiaty nawłoci, pójdzie szybciej. U mnie jeszcze kwitną. Przy suchych ziołach rozdrobnienie zawsze trwa dłużej. Nie przejmujcie się zbytnio, nie zajeżdżajcie blendera jeśli widzicie nadal większe kawałki zioła. Mydło potasowe radzi sobie z większością ziół i samo, w trakcie saponifikacji powoduje rozłażenie się jego fragmentów.

Czwarta godzina. Fot. Mila Wawrzenczyk

W czwartej godzinie, ług zaczyna akcję żelowania. Blendujemy jeszcze raz.

Jeszcze chwila. Fot. Mila Wawrzenczyk

Już prawie gotowe. Niewprawne oko uzna, że już ale struktura, zbyt “rwąca”, za mało przejrzysta podpowiada, że jeszcze chwila. To jest ten moment aby dodać alkoholu. Etanol, przedgon czyli metanol, izopropyl kosmetyczny. Naprawdę to nie ma znaczenia jaki.

Lniane nawłociowe, voila! Fot. Mila Wawrzenczyk

Czas przygotowania.

Są tłuszcze, które sprawiają, że saponifikacja trwa wieki. Często należy do nich olej lniany. Często, bo to zależy też od pochodzenia oleju, zapewne też od jego sposobu tłoczenia, świeżości a najbardziej od metody robienia.

Żeby saponifikacja nie trwała wieki należy wziąć pod uwagę ilość wody. To mydło zaczęło żelować w czwartej godzinie od nastawienia. A może i szybciej, tak przyznaję się, zakładałam że potrwa to jednak z dobę i poszłam na wino.

Chcąc przyspieszyć saponifikację mydła potasowego metodą na zimno redukujemy wodę do masy wodorotlenku, czyli ług 1:1.

Przyspieszaczem saponifikacji jest alkohol. Z tego powodu, niektóre aromaty kosmetyczne betonują masę mydlaną sodowego mydła. Alkohol jest nośnikiem zapachów. W tym mydle użyłam go około 10% MT. Tak jest też w recepturze farmakopealnej – 5 części spirytusu na 43 części oleju lnianego. Alkohol pomaga też uzyskać mydło przezroczyste.

Mam wrażenie, że moment jego dodania ma znaczenie. Dolany na początku, kiedy właściwie nic jeszcze się nie dzieje, nie działa tak skutecznie jak dodany w fazie początku żelowania.

Zerowe przetłuszczenie jest kwintesencją saponifikacji. Tak wygląda chemicznie ten proces. Każdy nadmiarowy gram tłuszczu powoduje zaburzenie tej reakcji. Przy potasowych mydłach ustawiajmy w kalkulatorze 0% przetłuszczenia. Dodamy sobie co tylko chcemy po zakończeniu reakcji. Ja wciepałam w to mydło 25g maceratu glistnikowego na rzepaku nierafinowanym, 25g oleju lnianego surowego i 25g lanoliny bezwodnej. Jesień w końcu 😉

Ponieważ, nie chciałam grzać oleju lnianego dwukrotnie, nie zastosowałam zasady gorące tłuszcze + gorący ług, co również przyspiesza saponifikację mydła potasowego metodą na zimno CP. Mydło Sapo kalinus jest przeznaczone do grzania ale jak widzicie nie ma takiej potrzeby. Oszczędźmy wielogodzinne grzanie temu delikatnemu olejowi.

Zapach mydła lnianego i nie tylko.

Charakterystycznego zapachu mydła lnianego, na który narzekają jego wielbiciele da się uniknąć.

Po pierwsze niskie przetłuszczenie. Nie ma wtedy możliwości aby niezmydlone kwasy tłuszczowe zaczęły się utleniać, czyli jełczeć. Używanie świeżego, surowego oleju, pachnącego siemieniem lnianym, a nie tego bezwartościowego z półek marketowych.

Druga i najważniejsza sprawa to dodanie alkoholu. Alkohol i kwasy w saponifikacji tworzą estry. A estry to substancje zapachowe, które niwelują smród. Tak przedstawiając najprościej i po ludzku bez potwornego języka branżowego. Jeśli użyjecie też kwasu cytrynowego w mydle potasowym, nie ma opcji by nie pachniało dobrze. W każdej roślinie (nawłoci też) są kwasy organiczne, przy lnianym może się okazać, że to mało.

A teraz idzie sobie dojrzeć, bo mimo całkowitego przeżelowania to nie jest jeszcze mydło, którego można używać, licząc na jego cudne właściwości. I to jest trzecia rzecz mająca wpływ na zapach. Najczęściej używacie świeżego 2-3 tygodniowego mydła, które nie jest dojrzałe i nie nabrało założonych właściwości. Mydło potasowe również musi dojrzeć.

I jeszcze na koniec mydeło lniane sodowe! Zrobione w maju tego roku, po pięciu miesiącach ma się wspaniale. Nie jełczeje, jest twarde, pachnie mydłem, nie suszy 🙂

Lniane sodowe. Fot. Mila Wawrzenczyk
Lniane sodowe, zdjęcie z kompa. Fot. Mila Wawrzenczyk

Miłego mydenia!

Mydło cytrusowe bez cytrusów.

Opublikowano 3 komentarze

Do aromatyzowania mydła można używać wszystkiego. Pomijam tzw. aromaty kosmetyczne – one mnie ani trochę nie interesują. To syntetyczne kompozycje. Są i tyle. Jeśli macie chęć je wypróbować zwróćcie uwagę na opis producenta czy nadają się do kosmetyków czy tylko do kominka. Używajcie ich ostrożnie, potrafią zbetonować budyń tak, że nadaje się tylko do krojenia w misce.

Natura oferuje taką mnogość zapachów, że może się w głowie zakręcić! Zbiorę to kiedyś w kupę 😉 Dzisiaj o cytrusowych olejkach eterycznych. Każdy kto choć raz wlał do masy mydlanej eteryczny olejek cytrynowy, wie że pachnie przez tydzień, może dwa. Potem znika. Często słyszę, że z tego powodu nie ma sensu dodawać olejków eterycznych do mydła (o winie ługu nawet nie wspomnę). To nieprawda, znaczna większość zapachów natury zostaje w mydle. Trzeba tylko wiedzieć, która i to z niej komponować zapachy.

Dlaczego cytrusy znikają z mydła?

Olejki eteryczne z cytryny, limonki, pomarańczy, grejpfruta, bergamoty zawierają głównie, w różnych proporcjach limonen. To związek z grupy monoterpenów. Jest bardzo lotny, dlatego łatwo go pozyskać w destylacji. Choć na skalę przemysłową raczej wyciska się skórki cytrusów. Powodem jego nietrwałości (nie tylko w mydle) jest temperatura wrzenia, 175 stopni Celsjusza. Mówimy, że limonen ma niską temperaturę wrzenia (boiling point). Wszystkie olejki eteryczne mające niską temperaturę wrzenia są nietrwałe, mają najkrótszą datę przydatności.

Jeśli zapach cytrusowy utrzymuje się w mydle długo to znaczy, że użyliście aromatu syntetycznego lub olejku eterycznego, który zawiera citral. To też terpen ale bardziej złożony. Być może to jest powodem jego trwałości. Citral ma wysoką temperaturę wrzenia, 229 stopni Celsjusza. To wystarczy aby był trwałym.

Czym naturalnym uzyskać zapach cytrusowy w mydle?

Według malejącej trwałości:

  • mirt cytrynowy Backhousia citriodora – lekki, rześki
  • may chang Litsea cubeba – głębszy, rześki
  • trawa cytrynowa Cymbopogon citratus – mocny, ciężki
  • cytronela Cymbopogon nardus, C. winterianus – głębszy, rześki
  • petitgrain Citrus aurantium – głębszy, z ziołowym akcentem
  • werbena cytrynowa Aloysia citrodora – lekki, z ziołowym akcentem
  • eukaliptus cytrynowy Eucalyptus staigeriana – głębszy, z eukaliptusowym akcentem
  • foldowany olejek pomarańczowy, tzn. poddany destylacji wielokrotnej
  • blendy eteryczne, wyżej wymienionych lub nasz blend Lemonade

To, że cytrusowe olejki eteryczne nie są trwałe w mydle, nie świadczy o ich bezużyteczności.

Cytrusowe olejki eteryczne rozrzedzają masę mydlaną. Przydatne przy użyciu w recepturze wosków, betonujących aromatów syntetycznych, uzyskania lejącej masy mydlanej.

Cytrusowe olejki eteryczne nadają piękny wymiar innym olejkom eterycznym. Ostrym, dla niektórych wręcz odrzucającym. Połączenie pomarańczowego olejku eterycznego na przykład z ylangiem, eukaliptusem, goździkiem. Łagodzi intensywność i nadaje ciepłego akcentu.

Dodatkowo zapachy zawieszają wszystkie skrobie i mąki, żywica benzoesowa i glinki. Oprócz tego pomóżmy olejkom eterycznym cytrusowym lub przypominającym cytrusowe, utrzymać się w mydle, dodając ich więcej. Minimum 3%MT.

A mydło zrobione!

67387893_463058031215558_1016316199992033280_n
Cytrynowa mięta. Fot Mila Wawrzenczyk

Receptura bardzo prosta, wyjdzie jakieś półtora kilograma mydła. Dzięki użytym olejom otrzymacie białe mydło, którego nie trzeba wybielać dwutlenkiem tytanu.

250g oleju kokosowego (25%)

225g oleju słonecznikowego zwykłego (22,5%)

225g oliwy z oliwek (22,5%)

200g masło kakaowe (20%

100g oleju migdałowego (10%)

300g wody (30%)

140g wodorotlenku sodu (przetłuszczenie ok. 6%)

30g blendu LEMONADE nasza autorska trwała cytrusowa mieszanka olejków eterycznych

barwnik, użyłam Phthalocyanine Green (CI74260), to ten mocno brudzący, bezpieczniej użyć pigmentu perłowego

Ponieważ tu nie ma żadnych kombinacji, początkujących zapraszam do wpisu Jak zrobić pierwsze mydło. Starzy wyjadacze wszystko wiedzą.

Łączyłam w temperaturze pokojowej. Barwnik w ilości na końcu noża dosypałam do roztopionych tłuszczów i zblendowałam przed dodaniem ługu. Blenowałam oszczędnie, dolewając olejki eteryczne. Przy widocznych jeszcze smugach tłuszczu odlałam do dwóch małych dzbanków po około 70g masy mydlanej. Do jednego dzbanka dosypałam jeszcze barwnika na końcu noża a do drugiego podwójną porcję. Całe to zielone barwienie opiera się na jednym kolorze – użytym w ilości 1:2:3. Dopiero wtedy zblendowałam do jednorodnej emulsji podstawową część masy mydlanej, wylałam do formy. Na to z każdego małego dzbanka wylałam wąskimi strugami, wzdłuż formy jakieś 3/4 mocniej zabarwionej masy. Wszystkie pozostałości z trzech dzbanków ozdobiły górę mydła, przeciągniętą na koniec pałeczką do sushi.

67404660_490960681675942_584072344885002240_n
Pamiętajcie o stukaniu formą. Fot. Mila Wawrzenczyk

Żelowało po całości. Pokroiłam po 6 godzinach.

Destylacja prosta, czyli zwykła – sprzęt i technika.

Opublikowano 9 komentarzy

Mamy do dyspozycji alembiki albo szkło laboratoryjne. O pierwszych nie ma co pisać, kupujemy i używamy. Ja jednak zdecydowanie wolę szkło, bo lubię widzieć co się dzieje. Szkło najłatwiej oczyścić i zdezynfekować. Szkło nie wchodzi w reakcje.

Do przerabiania ziół na hydrolaty i pozyskiwania olejków eterycznych absolutnie nie nadają się sprzęty bimbrownicze, głównie ze względu na rodzaj chłodnicy. Popatrzcie na zdjęcie, jak osadzają się w chłodnicy azuleny, wcale nie tak łatwo je potem wypłukać. Jaka więc będzie efektywność chłodnicy spiralnej? Czy chcemy mieć cenne substancje w hydrolacie czy też osadzone na chłodnicy?

66834396_840708036300843_8965948645073485824_n
Azuleny z krwawnika. Fot. Mila Wawrzenczyk

Nie wszystkie zioła oddadzą co chcemy w destylacji prostej a nawet w parowej ale nie chodzi o techniki laboratoryjne a raczej o pokazanie podstawowego sprzętu, bez dodatkowych rozpuszczalników, sączków i całej menażerii chemicznej, które nie wydrenują domowego budżetu. Taki prosty sprzęt może naprawdę wiele.

DESTYLACJA PROSTA – HYDRODESTYLACJA

Prosta, czyli zioła zalewamy wodą, podgrzewamy i odbieramy skroplinę bezpośrednio do naczynia. W tej metodzie na olejki eteryczne nie liczcie, bo zajedziecie sprzęt, swoją cierpliwość i zużyjecie masę wsadu ziołowego 😉 Nie, że to niemożliwe, da się, tylko efektywność jest bardzo niska i nie po olejki sięgamy w destylacji zwykłej.

Cały zestaw to sześć podstawowych części. Łatwo znajdziecie sprzęt, bo podaję konkretne nazwy i typy.

  • płaszcz grzewczy z regulatorem mocy. Należy go dopasować do kolby – ja mam kolbę dwulitrową, więc i taki kupiłam płaszcz, udało mi się z demobilu. Płaszcz to jest najdroższa część zestawu. Nowy kosztuje około 340zł. Wkłady są wymienne (ok. 160zł) ale też bardzo żywotne, więc usterką się nie martwcie.

66754197_502614713877699_963708034641559552_n
Płaszcz grzewczy z regulatorem mocy na 2-litrową kolbę. Fot. Mila Wawrzenczyk

  • kolba okrągłodenna 2000ml, szlif 29/32. Okrągłodenna, bo to najbardziej efektywny kształt, ciepło rozchodzi się równomiernie. Dlatego potrzebujemy płaszcza, w którym będzie stabilna. Koszt ok. 45zł. Ponieważ to w nią wsadzamy nasadkę, mówimy, że ma szlif wewnętrzny.

64587123_720683695021291_6080232158377541632_n
Kolba okrągłodenna 2000ml ze szlifem wewnętrznym 29/32. Fot. Mila Wawrzenczyk

  • nasadka prosta tójramienna, kąt 75, szlif 29/29/14, ok 48zł. Myślę, że połączenia sprawiają najwięcej trudności, bo tyle tych kształtów. Potrzebujemy połączyć kolbę z chłodnicą. Kolba ma szlif wewnętrzny 29/32 i chłodnica, więc musimy kupić nasadkę z dwoma szlifami zewnętrznymi (czyli takimi, które wchodzą w środek). No dobra ale po co ta trzecia dziura do góry? To jest taki zawór bezpieczeństwa, który dodatkowo można wyposażyć w termometr a właściwie termometr w osłonie (potłukłam :P). Ponieważ ta część jest węższa, o szlifie wewnętrznym 14/23, wsadzamy do niej korek 14/23 (6zł) lub osłonę termometru o szlifie zewnętrznym 14/23. Jeśli nie zatkamy nasadki wszystko poleci nam w powietrze, zamiast się skroplić.

67088091_2084078811702275_2683111025233887232_n
nasadka prosta tójramienna, kąt 75, szlif 29/29/14. Fot. Mila Wawrzenczyk

  • chłodnica spawana Libiga, szlif 2×29, 50cm. Do dwulitrowej kolby wybrałam półmetrową chłodnicę prostą i sprawdza się bardzo dobrze (40zł). Ma dwa szliwy 29/32 – zewnętrzny wsuwamy na nasadkę a wewnętrzny pozostaje wolny nad naczyniem do odbierania. Tak, jest długa i trochę miejsca zajmuje ale ogranicza też zużycie wody, która musi płynąć ciągle a nie chemy jej zużywać na hektolitry. Jak to połączyć? Potrzeba dwóch wężyków silikonowych o średnicy 8mm (5zł/m), mi wystarczyły dwa półtorametrowe ale to zależy od odległości zlewu i kranu. Chłodnica ma dwa wyloty, na każdy trzeba nałożyć wężyk. Jeden, doprowadzający wodę – ja mocuję go elastyczną taśmą izolacyjną bezpośrednio do kranu, tak aby nie przeciekał. Drugi wężyk umieszczamy w zlewie. Woda powinna wlewać się otworem dolnym, czyli tym bliżej wylotu a wylewać górnym. Tak uzyskamy lepsze chłodzenie. Strumień ustawiamy na bardzo cieniutki, ciurkający a chłodnicę pod kątem

66680401_1639730016157205_9206300924832645120_n
Cały zestaw do destylacji zwykłej 350-600zł. Fot. Mila Wawrzenczyk

  • potrzebujemy jeszcze statywu do podtrzymania chłodnicy. Podstawa i pręt ok. 60zł oraz łapa wielopalczasta ok. 33zł. Jak widzicie ja mam używany statyw, bo bardzo lubię stary sprzęt laboratoryjny i wyszukuję taki z przyjemnością.

PROCES DESTYLACJI

Mamy sprzęt i co dalej?  Wsypujemy zioła do kolby, zalewamy wodą. Łączymy części aparatury. Włączamy płaszcz grzewczy, odkręcamy wodę i czekamy na kapanie 😉

67106845_1478188822323368_1133138833701863424_n
W kolbie już się gotuje nastaw z kwiatów krwawnika, tak naprawdę to coś na podobieństwo odwaru. Fot. Mila Wawrzenczyk

SZCZEGÓŁY

  • używamy czystej wody, jeśli mamy miękką, wolną od żelaza i tym podobnych w kranie, to nie widzę problemu, pamiętajcie tylko, że woda kranowa jest chlorowana, ja używam destylowanej lub demineralizowanej
  • destylować można wszystko – żywice, zioła suszone i świeże, kłącza, korzenie
  • w hydrolatach nie znajduje się wszystko co jest w roślinie, przechodzą głównie substancje lotne i słabo lotne ( o tym następnym razem)
  • kolbę napełniamy maksymalnie do 3/4 objętości – ja wrzucam 70g zielska i zalewam 1400g wody
  • szlify warto raz na kilka destylacji przesmarować lanoliną bezwodną, zapobiegnie to ich zapieczeniu
  • odbieralnikiem może być wszystko co podstawimy pod wylot chłodnicy, zlewka szklana, słoik, rozdzielacz frakcji (przydatny ale przy destylacji olejków eterycznych)
  • przed każdym nowym rodzajem wsadu należy umyć i zdezynfekować sprzęt
  • temperatura w kolbie powinna utrzymywać się w okolicy 90 stopni Celsjusza
  • płaszcz grzewczy ustawiam na stopień drugi albo pierwszy, trzeba obserwować by wsad zbyt nie buzował, bo części rośliny przedostaną się do hydrolatu
  • z tej ilości nastawu uzyskuję 600-800ml hydrolatu, czas kapania 3-4 godziny
  • hydrolaty mają różną trwałość od 2 tygodni do kilkunastu nawet miesięcy ale ja konserwuję 2% kwasem mlekowym (tak, po przeliczeniu) albo innym konserwantem przeznaczonym do fazy wodnej, oczywiście jeśli od razu je przerabiamy nie ma takiej potrzeby

66401166_2317595294984715_6764804727944249344_n
Hydrolat krwawnikowy. Fot. Mila Wawrzenczyk

Oto jest, chyba najbardziej widowiskowy hydrolat, bo większość jest przezroczysta lub mleczna. Pływające azuleny barwią skórę i wszystko czego dotkną na atramentowy kolor. Porównajcie wsad, który znajduje się w kolbie z gotowym hydrolatem. Tym właśnie różni się hydrolat od naparów czyli herbatek – kolorem i składem. Następnym razem opiszę Wam kilka popularnych hydrolatów i wyjaśnię dlaczego czasem lepiej sprawdza się w mydle hydrolat niż napar.

Fazy saponifikacji – mydło mydłu nierówne.

Opublikowano 9 komentarzy

Zmydlanie czyli saponifikacja to nie jest reakcja sekundowa, zapisana w zeszycie do chemii. Wodorotlenek+tłuszcz=mydło+glicerol i to jest reakcja rozłożona w czasie. Jak długo trwa? To zależy, głównie od środowiska reakcji, jednak nigdy nie jest to chwila połączenia ługu z tłuszczami. Mydło to detergent, spróbujcie więc umyć miskę po masie mydlanej kilka minut po wyjęciu blendera – zużyjecie sporo płynu do naczyń, żeby zmyć tłustą breję, która nie jest mydłem. Umyjcie miskę po masie mydlanej na drugi dzień – żużyjecie minimalną ilość płynu do naczyń, bo zmydlanie się zakończyło a więc macie już detergent, który sam umyje 🙂

Łączenie ługu i tłuszczów – pierwsza faza saponifikacji.

Łączymy fazę wodną z tłuszczami. Fot. Mila Wawrzenczyk

Wlewamy ług do tłuszczów i mieszamy ręcznie lub blendujemy. Blendowanie przyspiesza zmydlanie, więc dostosowujemy metodę do naszych oczekiwań. Mieszamy dwie fazy – wodną czyli ług i tłuszczową – nie ma innej możliwości jak początkowe istnienie dwóch różnych konsystencji. Zauważamy ciemniejsze smugi tłuszczu pływające w ługu w przypadku mydeł CP lub całkowite rozwarstwienie w przypadku mydeł potasowych. Jony wodorotlenku zaczynają hydrolizę tłuszczów, bez której nie mogłoby powstać mydło. Najprościej – to jest taka impreza poszukiwania wiązań estrowych do rozerwania. Amok!

Emulgacja – druga faza saponifikacji.

Gładka emulsja o konsystencji do swirli. Fot Mila Wawrzenczyk

Mieszamy i blendujemy aż do uzyskania jednorodnej masy, czyli emulsji – połączenia w jedno dwóch teoretycznie niemieszalnych faz. Emulsja to nie to samo co gruby ślad mydlany. Tu chyba nastąpiło kiedyś dawno temu nieporozumienie w tłumaczeniu z angielskiego trace czyli ślad ale ślad mydlany to nie musi być gruby i pozostający na powierzchni masy mydlanej, glut kapiący z blendera. Ślad to nierozwarstwiająca się emulsja, którą w przypadku mydeł CP – na zimno przelewamy do formy. Jeśli mydło robione metodą na zimno nie będzie żelowało, to jest to ostatnia faza procesu. Tak, żelowanie nie jest konieczne do zmydlenia.

Rozwarstwienie – trzecia faza saponifikacji.

Była emulsja i się zmyła. Fot. Mila Wawrzenczyk

W przypadku mydeł CP, my tej fazy nie widzimy. Może i dobrze ze względu na apopleksję 😉 Natomiast mydło potasowe czy HP/na gorąco pięknie uwidacznia ten etap. Była emulsja, mieszamy czy nie, masa zaczyna się rozłazić. Obserwujemy trzy warstwy. Jedna tłuszczowa, druga wodna i trzecia to ta, w której już zaczęło się zmydlanie. Tak, dotyczy to też mydeł CP i to jest moment krytyczny mydła żelowanego. Jeśli robimy mydło z pulpami, borowiną, krochmalem – czyli dodajemy do zemulgowanego już budyniu jakąś fazę wodną, wszystko może nam się rozwarstwić na tyle, że olej wycieknie górą, albo powstaną olejowe jaskinie w mydle. Głównym tego powodem jest niedokładne połączenie, wmieszanie dodatków i zbyt krótkie mieszanie.

Zębate jaskinie w mydle. Fot. Masha Mydli
Zębate jaskinie w mydle. Fot. Masha Mydli

Puree albo kaszka – faza czwarta i wstęp do żelowania.

Prawie koniec zmydlania. Fot. Mila Wawrzenczyk

Ta część procesu saponifikacji to odwrotność rozwarstwienia, w którym otrzymujemy trochę ługu, trochę mydła a większość stanowią tłuszcze. Tutaj mamy już większość mydła i niewielką ilość tłuszczów z ługiem. Masa mydlana zaczyna się grzać i robić szklista. Jeśli robimy mydło HP lub potasowe, blendowanie znacznie przyspieszy zmydlanie.

Żelowanie – piąta i ostatnia faza saponifikacji.

Kończymy proces saponifikacji. Fot Mila Wawrzenczyk

Faza tak bardzo charakterystyczna, że nie da się jej nie zauważyć – oczywiście jeśli ma miejsce, bo nie musi nastąpić. Możemy do niej nie dopuścić, odstawiając mydło w chłodne miejsce po wlaniu do formy lub chłodząc mydło potasowe. To drugie rzadziej ale się zdarza. Po co nie dopuszczać do fazy żelowej, która jest naturalnym i ostatecznym etapem zmydlania? Po pierwsze mydła nieżelowane są matowe i jasne. Żelowane też takie być mogą. Po drugie nieżelki, nie stwarzają zagrożenia przegrzania i wykipienia z formy. Żelowane też. Po co więc, chłodzić mydło, ja nie wiem 🙂

Przebieg żelowania. Fot. Mila Wawrzenczyk

Żelowanie w pigułce.

  • zaczyna się od najcieplejszej części czyli od środka mydła, rozchodzi do brzegów formy i cofa znów do środka
  • wydłuża trwałość mydeł
  • może być częściowe – wtedy widać ciemniejsze kółko na środku kostki – dzieje się tak gdy żelowanie rozpoczęło się ale temperatura otoczenia była zbyt niska lub została obniżona, kółko po czasie znika
  • można je wymusić wtawiając mydło do piekarnika na 50-60 stopni – tylko do czasu ruszenia żelowania, wystawiając na słońce, otulając kocem, stawiając na kaloryfer
  • przyspiesza możliwość użytkowania mydła – stąd wziął się mit o mydłach z piekarnika “szybciej dojrzałych”, nie piekarnik czyni mydło szybciej dojrzałym, tylko żelowanie, a włożenie mydła do piekarnika jedynie je wymusza
  • sprawia, że kostka się nie kruszy, całkowicie przeżelowane mydło jest zwarte
  • wyższość mydeł HP i potasowych nad tymi robionymi metodą na zimno polega na pewności, że przeżelowały – co się dzieje w mydle na zimno, niewprawne oko, nie zawsze jest w stanie ocenić
  • dolanie oleju po przeżelowaniu gwarantuje, że ten właśnie olej zostanie jako extra fat – dolanie go do budyniu, nie daje takiej gwarancji, nie dotyczy to innych składników, niewrażliwych na temperaturę i zasadowe środowisko
  • dodatki zawierające węglowodany (cukry) podnoszą temperaturę zmydlania, takie mydła z reguły żelują bez oporu, nie należy ich okrywać i dostarczać im ciepła z zewnątrz, bo grozi to wykipieniem z formy – mąka, zioła, pulpy, miód, cukier, płatki owsiane
  • przeżelowane mydło ma szklistą, jakby przejrzystą strukturę, jest gładkie, bez szorstkości i matowej struktury, pod warunkiem, że nie przesadziliśmy np. z tlenkiem cynku albo glinką czy mąką
  • mydła w małych foremkach zwykle nie żelują same
  • brak fazy żelowej nie oznacza, że mydło będzie niedobre, spowoduje tylko późniejsze krojenie, dłuższe dojrzewanie i szybsze znikanie z mydelniczki
  • minimalizuje osad z węglanu
  • wszystkie dodatki, nadmiar wody, chłodzenie masy mydlanej to zaburzenie procesu saponifikacji – stąd też częsty brak żelowania
  • jeżeli mydło mocno się grzeje, zawiera ponad 30% wody a żelowanie jest burzliwe, istnieje ryzyko wystąpienia rzek glicerynowych, które są defektem tylko wizualnym
  • im wyższa temperatura łączenia ługu i tłuszczów, tym większa szansa na żelowanie – nieżelujące mydła to głównie te przygotowane do swirlowania, bo łączenie następuje w temperaturze pokojowej

Żelowanie częściowe. Fot. Magdalena Waszczyńska

Po prawej mydło żelowało marnie, większość kostki pokryta sodą ash. Fot. Mila Wawrzenczyk

Po prawej gładka żelowana powierzchnia. Fot. Mila Wawrzenczyk

Żelowanie nie zawsze widać 🙂

A Ty jakie wolisz mydła?